czwartek, 24 stycznia 2013

Bim-bom


I śnieg padał nieustannie przez czterdzieści dni i nocy, aż wreszcie całe państewko biało-czerwone zamieniło się w wielką zaspę, której wierzchołek był widoczny dla mieszkańców Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Unia zaczęła radzić, co tu począć z taką wielką kupą śniegu, która nagle wyrosła jak nowy Ural między Wschodem a Zachodem. Szybko dostrzeżono potencjał finansowy tej góry. Pobudowano setki wyciągów i tras narciarskich pod szyldem Unijnego Centrum Sportu. Mimo protestów ze strony Grecji, Włoch i Hiszpanii, które uważały, że ten zastrzyk gotówki należy wykorzystać na pomoc najbiedniejszym krajom Unii, Niemcy ruszyli z kampanią olimpijską „Poczdam 2018”. Brytyjski komik Eddie Izzard wyśmiał dążenia Niemców do organizacji igrzysk, drwiąc głośno, że oto po siedemdziesięciu latach znów nadarza się okazja "skopać Germańcom dupsko pod Berlinem".

Po drugiej stronie zaspy patriarcha Cyryl ogłosił zasypanie Polski za znak boży i nawoływał dawne kraje bloku do ponownego zjednoczenia pod znakiem niedźwiedzia (do sierpa i młota nawiązywać nie ryzykował). Rosyjscy naukowcy z kolei rozpoczęli badania nad możliwościami pozyskiwania gazu ziemnego ze śniegu.

Jedynie Węgrzy podnieśli kwestię Polaków – może pod zaspą ktoś jeszcze żyje?

Węgierski głos podchwycili Czesi, proponując usunięcie hałdy (choć zrobili to bardziej w obawie przed wiosenną powodzią). Kwestię ratowania potencjalnych ocalałych spod śniegu podniósł także – po głośnym proteście polskich zakonnic – Watykan.

W Nowym Jorku odbył się specjalny szczyt ONZ pod nazwą „Śnieg a sprawa polska”.

Król Szwecji wyśmiał cała sprawę twierdząc, że ratowanie północnoeuropejskiego kraju przed śniegiem to jak rozdawanie kremów z filtrem Nigeryjczykom – Polacy doskonale poradzą sobie sami.

Ambasador Wielkiej Brytanii zaproponował, aby na pomoc zasypanym wysłać półtora miliona polskich emigrantów. Korona zobowiązała się dostarczyć odpowiednią ilość szufli do śniegu.

Amerykanie zaproponowali natowską operację wysadzenia zaspy w powietrze. Projekt został poparty przez Francję i mimo protestującej pod Izbą Lordów w Londynie grupy hydraulików i pielęgniarek rozpoczęto przygotowania do operacji „Burza śnieżna”.
 
Pierwsze  ładunki wybuchowe zostały zamontowane na wschodnim stoku, na wysokości Warszawy. W obecności mediów z całego świata amerykański generał brygady uruchomił detonator. Kilkaset ton śniegu wystrzeliło w powietrze, przesłaniając widok wszystkim zgromadzonym.

Kiedy kurzawa opadła, w śniegu pojawiła się jama, z której wystawała siwa głowa. Głowa poruszała ustami.

- „Wina Tuska” – zameldował przez radio oddział specjalny, oddelegowany do sprawdzenia, co mówi głowa.

- Powtórz – warknął do mikrofonu Jahn Hanssen, norweski pułkownik nadzorujący bezpieczeństwo. – Czy on powiedział „wina Tuska”?

- Potwierdzam, mówi „wina”.

- No, do ciężkiej cholery! Nie po to my tyle lat walczyliśmy z alkoholizmem u siebie, żeby teraz jakimś pijakom, pseudoznawcom pseudowin rzucać się na ratunek! Sierżancie Svensson, zakopać głowę z powrotem!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Opowieści z Szufladowa - końcówka kolekcji.


Jeszcze jeden wpis, data powstania: 11 października 2010,

Kochany Pamiętniku,
Dzisiaj moja psychika wysiadła już dzisiaj zupełnie. Najpierw miałam dzikie sny - śniło mi się, że jadę na Podlasie, na urodzinową imprezę przyjaciółki. Z bliżej nieznanych powodów jadę tam ze swoim szefem. Po drodze zatrzymaliśmy się w McDonald's, gdzie spotkałam swoich znajomych z forum internetowego, którzy w ramach konkursu Unii Europejskiej przebudowywali rzeczonego McDonalda na przedszkole za pomocą klocków Lego.
A jakby tego było mało, obudziłam się z narracją.
Kojarzycie głos z zajawek amerykańskich filmów?
John był zwykłym księgowym... Miał szczęśliwą rodzinę, aż pewnego dnia...Teraz ściga go mafia... Tej jesieni przygotuj się na szalone pościgi...Bruce Willis w filmie Uciekinier... Już wkrótce w kinach...
Dziś rano, kiedy tylko otworzyłam oczy, usłyszałam tenże głos.
Karolina nigdy nie lubiła poniedziałków...
Co do ciężkiej...?
Primo: właściciel tego głosu już nie żyje. Secundo: dlaczego on mówi po polsku? Tertio: co on kuźwa robi w mojej głowie?!
No i się sparanoizowałam (takie sobie słowo wymyśliłam, o. Bo i czemu nie?).

Nie zrozumcie mnie źle, znam siebie od urodzenia, naprawdę oswoiłam się ze swoimi dziwactwami. Nie przeszkadza mi już, że zamiast popularnych, prostych pioseneczek, które wchodzą ludziom do głowy i siedzą tak pod czaszką, nie mogąc wyjść, ja na przykład słyszę monotonny głos powtarzający słowa "Dwieście zyla..." (mówię śmiertelnie poważnie, miałam tak w zeszłym tygodniu), ale dzisiejsza poranna narracja przerosła wszystko, co do tej pory wydarzało się w moim życiu. Gdyby jeszcze ten narrator mówił coś sensownego, na przykład z dozą suspensu w głosie zapowiadał tajemnicze wydarzenia, które dziś nastąpią, a które staną się punktem zwrotnym mojego życia. Nie!
Kiedy stała pod prysznicem, butelka szamponu wyślizgnęła jej się z rąk.
 
Szlag. Nic nie rozumiem... Nic nie piłam, nic nie paliłam, nie oglądałam ani nie czytałam nic, co mogłoby mnie wprowadzić w taki stan. Po prostu... Wlazło mi w głowę i nie chciało wyjść. Od momentu, kiedy wsiadłam
z koleżanką do samochodu i zaczęłam codzienne relacje międzyludzkie, głos się zamknął, ale boję się wracać do domu.
 
Czy to już ten moment, kiedy powinni się mną zająć troskliwi panowie
w białych kitlach? Jeśli tak, to mam prośbę: nie informujcie jeszcze służb, chciałabym pozamykać parę spraw, zanim zamkną mnie.

Opowieści z Szufladowa - znów.

Chyba powinnam opatrywać szufladowe wpisy datą... Dzisiejszy tekst powstał 27 maja 2010. 

Nuda w pracy. Nuda straszna. Z tych nudów napadła mnie refleksja. Zaczęło się od tego, że przekazałam koleżance złą wiadomość. Jej pierwszą reakcją było hasło "Żartujesz?!". Co to za pytanie?
„- Mój siedemnastoletni pies zachorował i musieliśmy go uśpić”.
- Żartujesz?!”.
Nie, jakkolwiek by to zabawne nie było – nie żartuję.
Zastanowiłam się nad bezsensem takiego zapytania i stworzyłam całą listę rzeczy, które są tak bezsensowne, że aż fascynujące:

Ruchomy chodnik na lotnisku. No, fajna, wygodna rzecz. Tylko dlaczego zwykle jest tak pośrodku niczego? Zaczyna się ni stąd ni zowąd i tak samo się kończy. Nie dowozi ludzi do punktu odpraw, nie dowozi do żadnego konkretnego punktu. Po prostu – idziesz środkiem hali odlotów i bam! Ruchomy chodnik. 15 metrów jazdy donikąd i koniec wycieczki.
Absolutnie fascynujące w swej kompletnej bezużyteczności.
A jak już jesteśmy przy samolotach, czemu po wylądowaniu pilot mówi: „Witamy na lotnisku Okęcie w Warszawie”. Jak ktoś, kto przyleciał tu razem ze mną może mnie witać?

Z rzeczy innych:
Zapachowy papier toaletowy. To dopiero oksymoron! Kiedy używam papieru w sposób, jakiego mnie mamusia nauczyła – nawet najmocniejszy cytrynowy, rumiankowy czy lawendowy zapach nie ma ŻADNYCH szans! Więc jaki sens przepłacać?

Opakowania fabryczne. Na przykład folijki na płytach CD i DVD. Nie umiem ich otworzyć bez użycia zębów i/lub paznokci. Kiedyś przy tych folijkach były takie paseczki, jak są przy papierosach – ciągnęło się i paseczek folii się odrywał. Co było złego w tym paseczku, że trzeba było je zlikwidować i wprowadzić opakowania tak szczelne, że doprowadzają klientów do szewskiej pasji? Kolejny przykład: nożyczki. Ostatnio kupowałam nożyczki. Były zapakowane w tak gruby plastik, że potrzebowałam nożyczek, żeby go rozciąć. Głupia sprawa, ale… czym rozcięłabym ten plastik, gdybym kupowała pierwsze nożyczki w życiu? Czy nożyczki naprawdę potrzebują takiej warstwy ochronnej? A z drugiej strony żarówki sprzedaje się w cieniutkich kartonikach. No pewnie. W końcu co się może stać z taką żarówką?

I jeszcze jedno hasło: „Jestem dumny, że jestem Polakiem”. Serio? A jaka jest twoja zasługa w tym, że urodziłeś się akurat na tej szerokości geograficznej? To nie talent. To nie osiągnięcie. To genetyczny przypadek! Dla mnie duma jest zarezerwowana dla rzeczy, które osiągnęłam samodzielnie. Gdyby moja matka była Niemką, ojciec Włochem, babcia Angielką, a dziadek Chińczykiem – wtedy urodzenie się Polką byłoby faktycznie wyczynem! Jestem zadowolona, że jestem Polką. Jestem szczęśliwa, że tu się urodziłam. Ale nie – nie mam powodów do dumy z tego powodu.
Chyba zacznę kolekcjonować takie rzeczy. A nuż ktoś mi to kiedyś wytłumaczy?


wtorek, 27 listopada 2012

Nikt nie powiedział, że tytuły muszą być na temat, więc oto tytuł na dziś: Picie bezkofeinowej kawy jest jak słuchanie pornosa w radiu.

Rano budzik, jak każdego dnia roboczego, rozdarł japę. Młócąc na oślep udało mi się dwa razy przestawić na zegarku datę, dopiero za trzecim razem trafiłam w odpowiedni guzik i budzikowa japa zamilkła. Za dużo guzików. Zdecydowanie za dużo guzików. Jak wszędzie. Już pal sześć takie przedmioty jak pilot do telewizora, ale dochodzę do wniosku, że naszym życiem rządzą guziki.

Chcesz się napić coli - podchodzisz do automatu, naciskasz guzik i puszka wypada. Chcesz kupić bilet na autobus - identycznie. Szyby w samochodach też opuszcza się guzikiem. Jakby pokręcenie starą, dobrą korbką wymagało od nas za dużo uwagi i wysiłku. Kolejny przykład - aparat fotograficzny. Mam jeszcze mojego starego, niezawodnego Zenitha, gdzie żeby zrobić dobrze zdjęcie, trzeba było ręcznie wyregulować ostrość, zbliżenie i czas na przesłonie. Jak chciałaś zrobić zdjęcie w makro, musiałaś odkręcić obiektyw i przykręcić inny. Dzisiaj bierzesz aparat, pstrykasz ON, naciskasz jeden guzik i aparat wszystko ustawia za Ciebie. Nawet najbardziej skomplikowana współczesna lustrzanka przy starym Zenicie to camera idiota. Ja rozumiem - oszczędność czasu. No tak. Cały czas oszczędzamy czas, gdzie tylko się da. Ostatnio widziałam w sklepie coś, co nazywało się "go-gurtem". Taki jogurt w tubce, który możesz zjeść nawet jadąc na rowerze. Bo przecież zjedzenie zwykłego jogurtu zabiera takie ilości czasu...
"Halo...? O, cześć Tomek! Do kina...? O rany, strasznie chciałam zobaczyć ten film, ale właśnie otworzyłam sobie jogurt, więc nie bardzo mam czas... No nie wiem, to taki z kawałkami owoców, chyba jestem udupiona na cały wieczór..."
 
Najlepszą szkołą oszczędności czasu jest kanał Mango TV. Tam, jeśli zadzwonisz już teraz, dostaniesz odkurzacz, który nie tylko wypierze Ci dywany i zasłony, ale też wyprowadzi kota na spacer i przeleci córkę. Tylko tam kupisz sprzęt do ćwiczeń, który będzie ćwiczył za Ciebie i wywar z morskiej sosny, dzięki której rzucisz palenie przez sen. No, i nie zapominajmy o Najnowszym Fantastycznym Robocie Kuchennym, do którego wrzucisz marchewkę, a wyjmiesz pięciodaniowy obiad dla całej rodziny. A to wszystko w czasie krótszym niż zajmie wypowiedzenie słów "obrałem ziemniaka"!
 
Jednocześnie ciągle nie mamy czasu. Przecież nasza doba od czasów starożytnego Egiptu ma 24 godziny. Nie wydłuża się, nie skraca. Guziki przyspieszają nasze czynności, więc powinniśmy mieć coraz więcej wolnego czasu, tymczasem mamy go coraz mniej. Myślę, że dopiero w momencie, kiedy zeszliśmy z koni i podróż do Gdańska zaczęła zabierać 8 godzin zamiast trzech dni, zorientowaliśmy się, jak wiele białych plam mamy w kalendarzu. I zaczęliśmy je skrupulatnie wypełniać. Skończyłam sprzątać wcześniej niż planowałam, więc jeszcze skoszę trawę. Zrobiłam korektę nieco wcześniej, więc mogę się zabrać za to, co planowałam na jutro, dzięki czemu jutro zrobię to, co planowałam na piątek i w ten sposób piątek będę miała swobodniejszy. Oczywiście, piątek nie będzie swobodniejszy, bo w międzyczasie wpadnie pierdylion nowych spraw.
 
I cały czas coś tracimy.
Kiedyś były walkmany. Człowiek wrzucał do niego kasetę, na kasecie była ograniczona liczba utworów, a ile kto kaset miał przy sobie - to już inna kwestia. I nie przewijało się utworów, bo szkoda było baterii, a mało komu chciało się iść ulicą i przewijać kasetę ołówkiem. Słuchało się wszystkiego po kolei. Nie mówiąc już o tym, że żeby sobie taką kasetę nagrać, czuwało się godzinami przy radiu. Teraz ściągasz całe albumy z sieci, wrzucasz na iPoda 4 GB muzyki (czyli jakiś tysiąc kawałków), nie przywiązując zbytniej wagi do tego, co tam ląduje, bo przecież jak się piosenka nie spodoba, to wystarczy nacisnąć jeden guzik i po sprawie. Kurde, kiedyś człowiek, zanim wyszedł z domu, bardziej myślał o tym, jaką kasetę wrzucić do torby niż jakie buty założyć. No bo przecież to była sprawa życia lub śmierci - mieć właściwą ścieżkę dźwiękową!
Z drugiej strony, nie ma się co dziwić. Żyjemy szybciej, myślimy szybciej, czujemy szybciej. Ścieżka dźwiękowa musi się zmieniać z równą naszej dynamiką. Więc jaki jest sens wychodzić rano z Lubomskim, jeśli już po południu czuję się jak Mejson, a wieczorem to tylko Bruebeck? Sama mam konkretne ścieżki dźwiękowe, uzależnione od tego, co mam właśnie do zrobienia. Tłumaczenia - Sigur Rós i Katie Melua. Korekty - ZAZ. Tabele produktowe - Rammstein i Prodigy. Na spacery jest Yann Tiersen, a na jazdę rowerem - Lord of the Dance. Do spania sprawdza się Leonard Cohen, ale ostatnio całkiem nieźle radzi sobie Marek Kondrat - choć ten nie śpiewa, a czyta mi do poduszki.
 
Nie mogę zatem narzekać na możliwości, jakie daje mi digitalizacja.
 
Nawet jeśli tęsknię za ołówkiem.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Opowieści z Szufladowa - ciąg dalszy

- Panie kierowniku...
- No, co tam znowu Młody?
- Bo ja to już nie rozumiem... Jak to jest z ta poezją?
- Młody, kurteczka, ty nie masz większych zmartwień?
- No ale ja nie wiem. Po co ludzie piszą wiersze?
Malinowski popatrzył ma Młodego z politowaniem i cicho westchnął. Odłożył kielnię, przysiadł na stercie worków z cementem i zapraszającym gestem poklepał stojące obok pustaki. Młody skorzystał z zaproszenia; otrzepał ręce z kurzu i przysiadł się do kierownika. Malinowski wyjął zza pazuchy paczkę Ekstramocnych, przypalił jednego ze skupieniem godnym lepszej sprawy i wczuł się w postać mentora.
- Widzisz Młody, to jest tak, że jak ludzie za dużo myślą, to im się te myśli w rymy układają. I tak linijka za linijką te rymy im się tak składają, że wychodzi wiersz. Ot i tyle.
- Ale o czym oni tak dużo myślą? No bo ja teraz na przykład myślę dużo o tym, dlaczego ta poezja i w ogóle, ale jakoś nie czuję, żeby mi się rymowało.
- Bo ty młody źle myślisz. To trzeba myśleć specjalnie.
- A jak to?
- Ano o miłości na przykład. Albo o życiu. Albo o jakichś dużych sprawach, jak historia na przykład. Albo polityka. Duże sprawy, rozumiesz.
- Aha - Młody zamyślił się na chwilę. - Ale dalej nie wiem po co to. Jak się myśli o miłości, to się kocha czy coś. A politycy chyba wierszy nie układają, a przecież dużo o polityce myślą, nie?
- Oj Młody, jakiś ty głupi. Czy ty myślisz, że ci, co rzeczywiście kochają myślą o miłości? Gówno tam, młody, im ta miłość mózgi im przeżera na wylot, im się nic do rymu nie składa. A jak się składa, to pożal się Boże. Ci, co myślą o miłości i piszą wiersze o miłości, nie kochają. Albo nie są kochani, jedno z dwojga. Widziałeś ty kiedyś dobry wiersz o szczęśliwej miłości? Siedzi taki jeden z drugim, myśli jak by tu ukochanej frajdę sprawić i wymyśla durnoty w stylu "na górze róże na dole fiołki". Jak chcesz pisać wiersze o miłości to nie możesz być szczęśliwy. W ogóle nie może być dobrze, żeby wiersz napisać. W ogóle.
- Aha - Młody znów popadł w stan zawieszenia myślowego. - Kierowniku, a czemu oni te wiersze jeszcze śpiewają?
Masz ci los. Filozof się znalazł, sztuki magister.
- Oj, Młody. Głupiś ty aż huczy. Pomyśl ty, Młody - kiedy ostatnio wiersz czytałeś?
- Nooo... nie wiem. W szkole pani Pana Tadeusza czytać kazała, to wiersz chyba, nie?
- A piosenki kiedy ty ostatnio słuchał?
- Eeetam, ja to muzyki nie słucham...
"Eremefffff efffeeeemmmm" - dobiegło ich w chwili milczenia ze stojącego niedaleko tranzystora. Malinowski z zadowoleniem skonstatował, że Młody zrozumiał.
- No i sam widzisz. Jak śpiewają, to słuchasz. Jak piszą, to nie przeczytasz. Jak nie czytasz, to nie kupisz, jak nie kupisz, to nie zapłacisz. A jak słuchasz, to kaska sama im wpada. Oni to, rozumiesz, dla pieniądza śpiewają.
- Głupi jacyś. Ja to bym... Ja to bym pracował, żeby zarabiać, a pisałbym tak dla siebie, bo to moje myślenie przecież jest.
- Sam jesteś głupi, Młody. Oni muszą mieć czas, żeby myśleć. Oni, że tak powiem, myślą zawodowo.
Młody w zamyśleniu grzebał palcem w kupie piachu pod stopami.
- Panie kierowniku... A co się stanie, jak się taki, co o miłości pisze i śpiewa, zakocha?
Chcę kochać żarliwie, tęsknić niecierpliwie
Śmiać się do siebie, chcę znowu kochać Ciebie
Znów się zatracić, moje serce stracić
Śmiać się do siebie chcę znowu kochać Ciebie
Kochać kochać kochać kochać
kochać kochać kochać kochać
Ciebie Chcę znowu - dobiegł z radia głos Agnieszki Chylińskiej. Malinowski ze smutkiem
spuścił wzrok.
- Właśnie to, Młody. Właśnie to...

środa, 24 października 2012

Nawet Grycanki wiedzą, że czarne jest passé

Przepraszam za długą przerwę. Dzieje się u mnie dużo, co chwila coś się zmienia i w efekcie nawet jak mam czas pisać, to brakuje już na to energii. Największą obecnie zmianą w moim życiu jest rozpoczęta pogoń za wyższym wykształceniem – Wasza uniżona postanowiła zdobyć przednazwiskowe literki w dziedzinie dziennikarstwa. Oprócz tego mam na głowie nieustająco intensywny okres w pracy, co nieco działalności dodatkowych... Zresztą nie ma sensu się tłumaczyć, można ewentualnie obiecać poprawę.  Spróbuję zatem nadać moim wpisom jakąś regularność. Na początek spróbuję raz w tygodniu, dobrze? Halo? Ktoś tu jest? Wiem, wiem – nie ma co przepraszać, bo i nie ma kogo przepraszać. Organ nieużywany zanika, blog nieczytany znika – z pamięci i uwagi czytelników. Ale jeśli jesteście tu jeszcze – jeszcze raz przepraszam, że kazałam czekać. Ba, jeśli tu jeszcze jesteście, kocham Was. Każdy dostanie ode mnie pysznego lizaka w nagrodę za cierpliwość. Powiem tylko jeszcze, że w międzyczasie nie próżnowałam i nazbierało się tematów, źródełko tematów płynie wartko. W najbliższym czasie na tapecie będzie poziom czytelnictwa i szeroko pojętej edukacji, pojawi się nutka patriotyczna, słów kilka o przygodach Karli w Warszawie, co nieco o akcjach charytatywnych i stanowczo za dużo (od tego zaczniemy) antyklerykalizmu.
Co ważniejsze, będzie całe mnóstwo malkontenctwa (dostałam zarzuty o uprawianie malkontenctwa po wpisie o wyprawie do Dramatycznego. Jak się później okazało – oskarżała mnie osoba, która od lat nie porusza się komunikacją miejską i poza spacerem po okolicach Strefy Kibica w czasie trwania imprezy nie miała styczności ze śmiertelnikami, dla których poza zabawą ludzi na ulicach musieli się liczyć z utrudnieniami ze strony organizacji – udław się, Z.).
 
Dzisiaj będzie antyklerykalnie, więc Drogi Czytelniku – jeśli chadzasz do kościoła i tematy wiary i obecności religii w naszym państwie są bliskie Twojemu sercu – to jest moment, w którym powinieneś kliknąć na ten krzyżyk w prawym górnym rogu strony i zająć się innymi sprawami.
 
W drodze do pracy słuchałam komercyjnego radia. Gościem ich porannego wywiadu był przedstawiciel kościoła katolickiego, którego nazwiska nie zapamiętałam. Jak przystało na rozmowę w komercyjnym radiu działającym na terenie świeckiego państwa w XXI wieku, wywiad dotyczył in vitro. Tu zarechotałam po raz pierwszy. Oto człowiek, który swoje dorosłe życie spędza w czarnej sukience z mnóstwem guzików i który – przynajmniej w teorii – nie widział na oczy roznegliżowanej kobiety – będzie nam tłumaczył, dlaczego sztuczne poczęcie jest fuj. Jak można się było spodziewać, ksiądz już w pierwszej minucie rozmowy dotarł do promowania naprotechnologii.
Dla nieobytych z terminem, naprotechnologia to potocznie kalendarzyk małżeński lub, które to określenie wydaje mi się bardziej trafne, katolska ruletka. Ksiądz stwierdził ogromną skuteczność metody. Poproszę o dowody, proszę księdza, bo z tego, co udało mi się naprędce znaleźć w sieci (Wikipedia), środowiska naukowe unika rekomendacji naprotechnologii z braku potwierdzonych dowodów działania. Ba, nawet autokorekta w edytorze tekstu, w którym właśnie piszę, podkreśla termin „naprotechnologia” na czerwono.
Słuchamy dalej.
 
Przebrnąwszy przez tradycyjną linię obrony (jedno poczęcie in vitro to setki aborcji – spuśćmy tu litościwie zasłonę milczenia) ten boży wysłannik błyskawicznie przeskoczył do tematu aborcji i stwierdził, że „każda istota ludzka ma prawo do życia”. Natychmiast przypomniał mi się artykuł czytany kilka miesięcy temu w pewnym tygodniku, który opisywał historię śmiertelnie chorego chłopca z wierzącej rodziny, który nie został dopuszczony do sakramentu komunii, ponieważ z racji częstych wizyt w szpitalu nie mógł uczestniczyć we wszystkich spotkaniach przygotowawczych i nie nauczył się jakiejś tam modlitwy. Była tam też wzmianka o księdzu, który odmówił dziecku z zespołem Downa udziału w komunii, ponieważ „takie dziecko to nie człowiek, tylko zwierzę”.
Czy mogliby panowie ustalić jakąś spójną wersję?
 
Szkoda mi czasu i energii na przytaczanie jako kontrargumentów takich truizmów jak zagrożenie zdrowia i życia matki czy nastoletnie ofiary gwałtów (swoją drogą, słyszeliście o tym republikańskim cymbale z USA, który stwierdził, że kobieta ma naturalne mechanizmy, które chronią ją przed zajściem w ciążę w przypadku gwałtu?).
Następnie ksiądz wytoczył argument tak potężny, że na ułamek sekundy zaniemówiłam.
„Pamiętajmy, że bez osób niepełnosprawnych nie byłoby na przykład Festiwalu Zaczarowanej Piosenki”.
Reszty rozmowy nie usłyszałam, bo dostałam ataku tak histerycznego śmiechu, że tylko młodemu wiekowi i dobrej kondycji zawdzięczam, że się nie udusiłam.

„Leczenie, rehabilitacja i terapia zajęciowa naszego dziecka kosztuje nas 10 000 złotych miesięcznie, musiałam zrezygnować z pracy, bo nie stać nas na pielęgniarkę, a dziecko potrzebuje całodobowej opieki. Dziewięć z dwunastu miesięcy w roku spędzamy w szpitalu, lekarze dają dziecku maksymalnie pięć lat życia, ale to nic, bo ładnie śpiewa i może wystąpić w telewizji”.
 
Dodatek na niepełnosprawne dziecko nie przekracza 600 zł (w różnych źródłach znalazłam różne informacje). A przecież nie chodzi tu tylko o pieniądze. Mamy XXI wiek, technologia jest na tyle zaawansowana, że pozwala nam na kompleksowa badania prenatalne. Jesteśmy w stanie wykryć uszkodzenia płodu. Co ma zrobić matka, która w piątym miesiącu ciąży słyszy od lekarza, iż dziecko jest tak ciężko upośledzone, że w najbardziej optymistycznym scenariuszu przeżyje kilka godzin od chwili porodu?
 
Mam pomysł. Zróbmy test kompetencyjny. Dajmy każdemu księdzu, który czuje się
na siłach wypowiadać na temat rodzicielstwa, dziecko – mamy w tym kraju całkiem sporo zapasowych dzieci, których nikt nie potrzebuje, wystarczy zerknąć na pierwsze lepsze wysypisko istnień ludzkich, często zresztą prowadzone przez zakonnice. Bierzemy zatem dzieciaka z domu dziecka, dajemy księdzu i każemy mu utrzymać i wykształcić to dziecko za średnią krajową. Zobaczymy, czy zaczną zmieniać zdanie.
Z drugiej strony, spory odsetek księży i tak już utrzymuje dzieci, tylko nie do końca oficjalnie...
 
Albo nie. Mam jeszcze lepszy pomysł.
Niech ta cholerna czarna mafia zajmie się swoimi barankami i przestanie się wpi****lać w sprawy, które ich nie dotyczą.

poniedziałek, 9 lipca 2012

You got homo sapiens'd!

Zgodnie z daną sobie wcześniej obietnicą w czasie trwania Euro moja noga nie postała w stolicy. To była trafna decyzja - jeszcze po ostatnim meczu na Narodowym organizacja ruchu komunikacji miejskiej mogła przysporzyć o ból głowy takiego człowieka z lasu jak ja. 

Sama nie wiem, czy moje otoczenie robi się coraz dziwniejsze i bardziej denerwujące, czy też przepoczwarzam się w malkontenta, ale znów wyłuskuję z rzeczywistości sprawy drażniące. Obserwuję przejawy bezmyślnego egoizmu, złośliwości, chamstwa i lenistwa.
 
Przykład 1:
W moim kochanym rodzinnym Piasecznie jest skrzyżowanie. Nie ma w nim nic niezwykłego - wylotówka z centrum krzyżuje się z obwodnicą. Wylotówka jest jednokierunkowa, ma dwa pasy ruchu - lewy do skrętu w lewo, prawy do skrętu w prawo i jazdy prosto. Oczywiste, prawda? Cóż, nie dla wszystkich. No bo po co stać w kolejce dziesięciu samochodów skręcających w lewo, skoro na prawym pasie stoi tylko siedem samochodów, więc można podjechać bliżej świateł i wepchnąć się na chama? I co z tego, że ci na lewym pasie nie bardzo mają ochotę wpuszczać? Wystarczy stanąć po przekątnej tak, żeby zastawić tego z tyłu i już musi puścić. A że przy okazji blokuję kolejne siedem samochodów na prawym pasie i w efekcie czynię całą ulicę nieprzejezdną? Ulica to dżungla; jest wojna, więc i ofiary muszą być.
 
Przykład 2: 
W okolicy, w której mieszkam mamy cały jeden kosz na śmieci - stoi przy przystanku autobusowym. Śmietnik jest regularnie przepełniony. To nie jest absolutnie zarzut w kierunku służb - regularnie go opróżniają. Niestety nie zdaje się to na wiele, kiedy stale lądują tam worki śmieci z czyjegoś domu. Po co płacić za wywóz śmieci, skoro można skorzystać z darmowej wywózki z przystanku? Worek nie zmieścił się do kosza? Żaden problem, postawię obok. Oj, psy rozwlekły worek po okolicy, butelki po mleku walają się po chodniku? Gdyby służby częściej opróżniały kosz, nie byłoby problemu.
 
Mogłabym mnożyć, dzielić i dodawać przykłady takich cwaniaków "oszukujących system".
 
Trudno uwierzyć, że w dalszym ciągu jesteśmy przedstawicielami gatunku homo sapiens - człowieka myślącego. Myślenie nie jest już naszą mocną stroną, a już z pewnością nie jest nią myślenie perspektywiczne, o wyobraźni nie wspominając.
 
Nowy gatunek: homo ovis - człowiek-owca. Nazwa potoczna: baran.
 
Bardzo ciężko jest zachować tolerancyjną i życzliwą postawę wobec takiego gatunku. W poszukiwaniu ujścia dla negatywnych emocji z pogranicza socjopatii moja wyobraźnia podsunęła mi ciekawą projekcję. Przedstawiam Wam... SAPIENSMANA! Oto postać żywcem wyjęta ze świata Stana Lee; niemal komiksowa, zamaskowana, walcząca z przejawami egotyzmu, idiotyzmu i jeszcze kilku innych tyzmów. Jego cel nadrzędny: zmusić ludzi do myślenia.
 
Do supermocy SAPIENSMANA należy spychanie pieszych ze ścieżek rowerowych, wybijanie szyby w samochodach zastawiających podjazd dla niepełnosprawnych i wyrzucanie z autobusów ludzi słuchających muzyki bez słuchawek. Po interwencji SAPIENSMANA sąsiad wyrzucający worek śmieci do ulicznego kosza znajdzie własne odpady przerzucone z powrotem za płot, rozwleczone po własnym podwórku. SAPIENSMAN nie boi się rzucić telefonem, który zadzwoni komuś na widowni w czasie spektaklu.
 
Póki co SAPIENSMAN żyje tylko w mojej głowie, ku pokrzepieniu serc; kiedy zderzam się z głupotą, świństwem etc. wyobrażam sobie, co zrobiłby mój superbohater. Projekcja zamaskowanego mściciela bijącego bezczelne nastolatki po głowie obniża mi ciśnienie.
 
A może warto wprowadzić taki projekt w życie? Może każdy z nas może wesprzeć SAPIENSMANA, bez maski i peleryny, reagując na to, co się dzieje dookoła?
 
Zadanie domowe: 
Znaleźć lokalnego buraka, którego zachowanie lub zachowania przyprawiają nas o biała gorączkę i skłonić go do myślenia.