poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Skoro mówimy "matko jedyna", czy w imię poprawności politycznej nie powinniśmy też mówić "matko zastępcza"?

Po poprzedniej refleksji na temat pomnikokatolików wygrzebałam starą notatkę, inspirowaną Georgem Carlinem, całkiem mądrym, nieżyjącym już niestety, komikiem amerykańskim, z którym dzielę pogląd na religię.

Wersja dla tych bardziej wrażliwych: 
Nie wierzę w żadnego boga, uważam, że religie służą do manipulacji tłumami, a już tak całkiem subiektywnie uważam, ze kościół katolicki śmierdzi kupą. 

Wersja dla mniej wrażliwych:
Przestaję lubić Święta. Wszystko sprowadza się do masy sprzątania, masy gotowania, fury zakupów, a potem człowiek spędza pół dnia w drodze od stołu do stołu, a resztę czasu przy stole.

Święta tracą charakter. Naprawdę wolałabym przeżyć je jakoś inaczej, bardziej należycie. Nawet mimo poszerzającego się we mnie ateizmu. Wróć - nie tyle poszerzającego się ateizmu, ile rosnącego w siłę antykatolicyzmu. Jezu, jaka ta religia jest momentami bezsensowna. Religia to najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek wymyślono. Pomyślcie tylko: religii właściwie udało się przekonać ludzi, że istnieje jakiś niewidzialny byt, który żyje w niebie, obserwuje wszystko co robimy każdej minuty i każdego dnia! Ma listę 10 rzeczy których nie chce, żebyśmy robili. A jeśli zrobimy którąkolwiek z tych rzeczy, to ma specjalne miejsce: pełne ognia, dymu, swądu, tortur i katuszy, gdzie ześle nas, żebyśmy cierpieli, płonęli i dusili się, krzyczeli i płakali przez całą wieczność, aż do końca czasu. Ale on nas kocha! Wolna wola - ha ha ha. Dostaliśmy wolną wolę, ale jeśli nie wybierzemy tego, co nam każą, mamy przesrane. Wyobraźmy sobie taką sytuację: idziemy z synem do sklepu i mówimy mu: możesz sobie wybrać, co chcesz dostać - lizaka czy czekoladkę. Synek wybiera czekoladkę i dostaje  po łapach, bo nie wybrał lizaka.

Gdzie tu logika?

Dostajemy Biblię. Duża, ważna, mądra księga. Pierwszy tom ocieka krwią bardziej, niż większość horrorów, jakie oglądałam. Potop, Sodoma i Gomora, plagi egipskie... Najbardziej zawsze podobał mi się fragment o tym, jak Bóg każe Abrahamowi zabić własnego syna. Dobre! Facet był gotowy rzucić się z nożem na swojego synka tylko dlatego, że tak mu kazał płonący krzak. Dzisiaj byłby psychopatą, ale w Biblii... Tam jest świętym!

W drugim tomie mamy obrót o 180 stopni. Nagle nie wolno się zabijać, trzeba się kochać, poświęcać, nadstawiać drugi policzek i dać się zabić za miliony. Nawet najgorszy scenarzysta wie, że kontynuacja powinna być konsekwentna i nawiązywać charakterem do pierwszej części.

Zresztą - niech będzie. Niech będzie, że księga jest mądra, spisana pod natchnieniem, pełna symboli itepe, itede. Może to ludzie chrzanią sprawę z góry na dół - i prawdę mówiąc, nie zdziwiłabym się, gdyby tak było.

Religia bazuje na 10 prostych prawach - piąte: nie zabijaj, ósme: nie kłam, siódme: nie bierz tego, co do Ciebie nie należy, szóste: nie posuwaj żony brata. 
Interpretacja: zabij skurwysyna, zanim złamie piąte przykazanie, nie pozwól sobie odebrać tego, co Ci się należy, a kiedy posuwałem żonę mojego brata, byli już w separacji.

Podobno Polska to taki świątobliwy kraj - wydaliśmy na świat Wielkiego Papieża, mamy Matkę Boską Częstochowską, Boga, Honor i Ojczyznę, a Jezusa chcieliśmy koronować na Króla Polski. I nieważne, że wszystko, co mówił ten Wielki Papież trafiało do nas jak grochem o ścianę, że z hasła Bóg, Honor, Ojczyzna został nam tylko Bóg i to jako twór kompletnie niezrozumiały. Jesteśmy tak wierni naukom głównego bohatera drugiego tomu tej mądrej księgi, która od czasów Gutenberga zajmuje pierwsze miejsce na liście bestsellerów, że idziemy zabijać niewiernych. A, przepraszam - to się nazywa wprowadzanie demokracji. A zatem to w imię wyższego dobra - przecież nie możemy pozwolić na to, żeby ten uwsteczniony wschód nie skorzystał z dóbr cywilizacji zachodniej. Możemy te same pieniądze, które wydajemy na zbrojenia, wydać na wodę dla Sudanu i szczepionki dla Namibii, ale co tam! Przecież nieważne co - ważne jak!

I klepiąc zdrowaśki strzelamy do tych w turbanach, szczepczących "Allah akbar".

Do tego dochodzi kwestia reprezentantów religii - oto księża, którzy w ociekających złotem kościołach mówią wiernym, że "Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż zamożnemu wejść do Królestwa Niebieskiego". Wielcy przewodnicy duchowi, którzy nigdy nie będąc z kobietą będą nas uczyć, jak to zrobić, żeby spędzić całe życie z jednym partnerem (swoją drogą ten cały celibat to cudowna historia. W pewnym stopniu jest sprzeczny z religią, a został wprowadzony w średniowieczu z dwóch powodów: po pierwsze, żeby księża nie przepisywali kościelnego majątku na dzieci, a po drugie, żeby duchowieństwo było traktowane jako stan wyższy, święty i nietykalny w czasach, kiedy społeczeństwo było dziesiątkowane przez choroby weneryczne). Wielcy pedagodzy, którzy nie potrafią pokonać własnej słabości i biorą się do gwałcenia ministrantów.

Ja dziękuję - wypisuję się z tego kółka. Facet, którego utrzymuję nie tylko z dobrowolnych datków, ale i z podatków, nie będzie mi opowiadał o tym, że trzeba być silnym i wytrwałym w wierze, kiedy nie mam co do garnka włożyć. Autorytet bierze się z wiedzy, wiedza bierze się z doświadczenia, a więc dziękuję za taki autorytet!

Był kiedyś taki serial "Świat według Bundych". Głównym bohaterem był gość, który miał dwójkę dzieci - syn był bystry, ale miał fioła na punkcie damskich dup i córka tak koncertowo durna, że stała się pierwowzorem dla wszystkich kawałów o blondynkach. Wszystko, za co się brali kończyło się katastrofą, a główny bohater był ustawicznie załamany.

Momentami tak widzę Boga - siedzi z twarzą w dłoniach, patrzy na ludzi i mruczy pod nosem "Ja pier...".

Podsumowując w dużym skrócie. Jaką mam religię? Prostą i trzymającą się logicznych zasad:

1. Nie będę przejmować się tym, co mnie spotka po śmierci, póki żyję i mam się dobrze.

2. Nie będę przyjmować reguł, których nie rozumiem, nie kwestionując ich.

3. Nie będę robiła drugiemu, co mnie niemiłe.

4. Nie będę szukała ratunku w chmurach, jak coś spieprzę. Pieprzę zawsze na własną rękę i na własny rachunek.

5. Moja religia jest moja. Twoja religia jest twoja. Kropka.

6. Logika. Logika, kurde!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wpis zastępczy.

Jestem nieprzytomna. Miałam pracowity weekend, niewiele snu, w rezultacie musiałam wpompować w siebie trzy mocne kawy, zanim udało mi się uzyskać jako taką trzeźwość umysłu. A tu przecież poniedziałek, dzień bloga. Trzeba pisać. Obowiązek obowiązkiem jest, wpis na blogu musi posiadać tekst. Wypadałoby też, żeby tekst posiadał treść.
 
Słyszałam ostatnio o jakimś nowym, rekordowym pomniku JP2. Rozumiem, że Dżizejro Świebodzinejro to dla naszego narodu za mało? Doszłam do wniosku, że Polska stanowi nowy odłam katolicyzmu. Jest już kościół rzymskokatolicki, jest kościół greckokatolicki, czas na kościół pomnikokatolicki. Kościół pomnikokatolicki charakteryzuje się tym, że ma w dupie wartości chrześcijańskie takie jak szerzenie pokoju, nadstawianie drugiego policzka, pomoc bliźnim, za to bezrefleksyjnie oddaje pokłony złotemu cielcowi, w tym konkretnym przypadku wykonanemu z włókien szklanych i poliestru. Drodzy pomnikokatolicy, żyjcie sobie, jak tam sobie chcecie, ale nie psujcie krajobrazu, dobrze? Byłby dużo ładniejszy, gdybyście zamiast budować jebitne pomniki jednego człowieka zrobili coś z tego, o czym ten człowiek mówił - ale to już wasza broszka.
 
Nie, nie chce mi się o tym pisać.
O czym by tu...?
 
Śniło mi się dzisiaj, że kłócę się z wykładowczynią z mojej szkoły o błąd ortograficzny, który rzekomo popełniłam. Obudziłam się wkurzona i zlana potem. A potem wkurzyłam się jeszcze bardziej, tym razem na siebie, że takie absurdy mnie denerwują. Swoją drogą, ciekawe co powiedziałby Freud na moją nerwową reakcję na błąd ortograficzny (dalej nie wiem, czy go popełniłam czy nie, pozostaje fakt, że kłóciłam się o niego).
 
Bez sensu, po co o tym pisać?
 
Spłaciłam ostatnią ratę kredytu - hura!
A kogo obchodzi mój kredyt? Jakby kogoś obchodził - wzięłam kredyt na remont, remont się odbył, kredyt spłacony, cześć pieśni.
 
Koleżanka właśnie zwróciła mi uwagę na wzrost użycia słowa "chuj" - ponoć jest ostatnio coraz częściej wykorzystywane w różnych kontekstach. Oprócz awantury na linii Poznań-Watykan-Argentyna, wzrostu "chuja" nie zaobserwowałam. Może za mało ostatnio przebywam wśród ludzi. Tak czy inaczej, nie mam punktu odniesienia, więc na ten temat też się dzisiaj nie wypowiem.
 
No sami widzicie, że mi dzisiaj nie wychodzi.
Czy możemy umówić się na jutro? Jutro już będę w lepszej formie, obiecuję.
Właściwie nie miałam wolnego w ten weekend, więc uznajmy ten poniedziałek za nieważny.
Możemy?
W ramach zastępstwa wysyłam dzisiaj Ricka Jamesa. Zamiast czytać - tańczymy.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Tu powinno być coś o tym, że pieniądza nie da się zjeść.

Nie tak dawno temu, niekoniecznie za siedmioma górami, w wielkim lesie żyły sobie zwierzęta. Każde zwierzątko było różne i - jak to w prawidłowo funkcjonującym ekosystemie bywa - każde z nich spełniało inną rolę w tym dzikim królestwie. Jednym ze zwierzątek była sowa. Sowa była bardzo mądra i każdemu służyła radą, przez lata doczekała się więc stanowiska konsultanta. 
Pewnego dnia sielską ciszę puszczy przerwał huk wystrzałów. Zajączek, który dotychczas spokojnie skubał trawę na polanie nagle stanął oko w oko ze sforą psów gończych. Natychmiast rzucił się do ucieczki. Uciekał długo, ale psy cały czas deptały mu po piętach. Nagle zajączek zobaczył sowę-konsultanta. 
- Sowo! Sowo! - zawołał rozpaczliwie. - Gonią mnie psy, błagam cię, pomóż mi! Co robić?! Gdzie uciekać?!
Sowa-konsultant pomyślała chwilę, wreszcie rzecze: 
- Żeby uniknąć psów, powinieneś zmienić się w drzewo. 
- W drzewo? Ale jak to?! Jak zając może zmienić się w drzewo?!
Sowa-konsultant wzruszyła ramionami. 
- Ja tu nie jestem od wdrażania. 

Dzisiaj w nocy miałam bardzo ciekawy sen. Śniło mi się, że wybuchła wojna. A konkretnie - wojna właśnie się kończyła, cały świat był w ruinie, panował głód i chaos. 
Obudziłam się z wizją wojny i uznałam, że mój sen wcale nie jest taki znów nierealny, biorąc pod uwagę obecne napięcia w Azji. Moja wyobraźnia ma w zwyczaju bardzo się rozpędzać i nie dawać mi spokoju, więc zanim dopiłam poranną kawę, w mojej głowie powstał już cały scenariusz. 
Albert Einstein powiedział kiedyś, że nie wie, jaka broń będzie wykorzystana w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta wojna będzie na kamienie i maczugi. Dzisiaj przyznałam mu rację, choć przypuszczam, że moja interpretacja była inna, niż zakładał Wielki Albert. Sądzę, że chodziło mu o to, że w trzeciej wojnie światowej zostanie wykorzystana broń o takiej sile rażenia, że zmiecie z powierzchni ziemi naszą cywilizację. Jak dla mnie, kiedy już skończymy naciskać te wszystkie czerwone guziki, okaże się, że brak nam umiejętności do tego, żeby korzystać z broni bardziej zaawansowanej niż pałki i kamyki. Nie będziemy umieli nawet wystrugać sobie czegoś tak wyrafinowanego jak dzida. 

Nie macie czasem wrażenia, że świat zwariował? Doszliśmy obecnie do etapu, w którym największe poważanie ma nie ten, który trzyma w ręku realne, przydatne umiejętności, ale ten, który potrafi doradzać i zarządzać. Od dawna już miarą szacunku jest pieniądz, więc największą estymą cieszą się prezesi, dyrektorzy, doradcy etc. W obliczu mojej wyimaginowanej (póki co) wojny, zaczęłam szacować fizyczną wartość takich ludzi, w oparciu o własne doświadczenia z nimi. Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie dyrektora marketingu dużego banku, który w obliczu zapchanego kibla podwinie rękawy, weźmie odpowiednie narzędzia i zrobi z tym porządek? Chyba jednak prędzej weźmie do ręki telefon i zadzwoni do hydraulika. Nie bardzo też widzę doradcę finansowego parającego się ciesiołką. Ogrodnictwo jest teraz bardzo modne, dlatego - uwaga - pan dyrektor zatrudnia człowieka, który założy ogród za niego. 

Rozglądam się wokół siebie i twardnieje we mnie przekonanie, że coraz więcej ludzi staje się specjalistami od byle czego. Powstaje coraz więcej niepotrzebnych zawodów, w których realizują się ludzie o  kompletnie nieprzydatnych umiejętnościach - dzisiaj na przykład usłyszałam określenie "reżyser mody" i najwyraźniej jest to zajęcie na tyle poważane, że zaproszono jego przedstawicielkę do telewizji. Kiedyś czytałam u Clarksona o funduszach hedgingowych, ale dalej nie mam pojęcia co to jest, na czym polega i do czego jest potrzebne. Chętnie pograłabym czasem na giełdzie, ale nie wiem, jak w to się gra, a kiedy próbowałam to zrozumieć, straciłam trzy zwoje mózgowe. 

Nie piszę dzisiaj wszystkiego, co przychodzi mi do głowy w tym temacie. Mam wrażenie, że rodzą się we mnie antyglobalistka i anarchistka, ale jeszcze nie zakorzeniły się w mojej duszy na tyle, żebym mogła skakać zbyt głęboko w ten temat. 

Jedno jest pewne - kiedy człowiek pracuje w korporacji i czasem wkurzy go szef, miło jest wyobrazić sobie, jak w świecie zrujnowanym przez wojnę tenże szef mógłby co najwyżej wywozić gnój na taczkach, bo nic innego by nie potrafił.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Strach się bać.

Jakiś czas temu zaprzyjaźniona blogerka Ida (jej stronę Kant kuli znajdziecie w linkach obok) poradziła, aby zamiast marnować czas w Internecie na bezmyślnym przeglądaniu memów, wejść na Wikipedię i poczytać ciekawe artykuły. Zastosowałam się do tej rady i...
 
Czy wiecie, że błazenki są obupłciowe i mogą zmienić płeć w zależności od potrzeb?
Jeśli samica błazenka zdechnie, samiec będzie kopulował z potomstwem, które w tej sytuacji przyjmuje funkcję samicy? Spodobała mi się bardzo ta ciekawostka, ale później przypomniałam sobie pewien film familijny, który zawsze uważałam za bardzo ładny, mądry i zabawny zarazem. Ten film to "Gdzie jest Nemo?".
 
Patrząc przez pryzmat wiedzy na temat życia błazenków, nie jest to opowieść o ojcu, który w imię miłości rozpaczliwie stara się odnaleźć jedynego syna. A przynajmniej nie w imię takiej miłości, o której zwykliśmy opowiadać dzieciom. Głównym bohaterem filmu jest pedofil! 
Do tego jeszcze ta biedna, Dory, naiwna i niewinna, chora psychicznie rybka, której życie wisi na włosku, bo oto została wciągnięta w paskudną, pełną niebezpieczeństw intrygę. Co tylko dowodzi egoizmu i okrucieństwa Marlina, który zamiast otoczyć ją należytą opieką, umieścić bezpiecznie w Głębinowym Zakładzie dla Ryb Mentalnie Uszkodzonych, ciągnie ją ze sobą przez cały Pacyfik. 
I po co?
Tylko po to, żeby sobie po*uchać. 
 
A może to wszystko jest aktem zemsty? Może umysłowo chora Dory nieświadomie doprowadziła do śmierci żony Marlina? Podczas filmu wielokrotnie wszak mogliśmy zaobserwować gafy i pomyłki wynikające z choroby Dory. Być może wcześniej upośledzona rybka opowiedziała rekinowi (czy co to za potwór pożarł żonę Marlina) o błazenkowej rodzinie żyjącej w ukwiale i pośrednio doprowadziła do zabójstwa?
Przez kilka lat ojciec i syn zaplatali intrygę mającą doprowadzić do jak najboleśniejszej śmierci Dory. Upozorowane porwanie, głodne kawałki o wartościach rodzinnych, kilka łapówek tu i ówdzie - wszystko po to, aby dokonać zbrodni doskonałej.

Włos stanął mi na głowie, zaczęłam bliżej przyglądać się wytwórni, która wypuściła ten film i moje oczy otworzyły się bardzo szeroko. 

To samo studio odpowiada za "Toy Story". 
Czy zastanawialiście się kiedyś, co się działo między drugą i trzecią częścią filmu? W międzyczasie wszak Andy dorasta, a powszechnie wiadomo, co robią dorastający chłopcy po zachodzie słońca. I to wszystko na oczach tych biednych zabawek! Nic dziwnego, że podświadomie dążyły do śmierci w spalarni. W trzeciej części spotykamy więc zabawki z ogromnym bagażem emocjonalnym. Te doświadczenia mogłyby zostać zawarte w odrębnym filmie: "Toy Story 2 1/2 - Andy has a new Woody". Dobrze, że choć to zostało oszczędzone naszym milusińskim i nie musieliśmy oglądać... no, właśnie. 

Kolejną "bajką" ze stajni tej samej wytwórni jest "Ratatouille". Rany boskie! Twórcy za nic mają przepisy sanitarne! Czy oni nie wiedzą, że to właśnie szczury wywołały epidemię czarnej śmierci w czternastym wieku?! Szczurze ogony są nasączone strychniną! Tyfus plamisty, wścieklizna, zapalenie wątroby - te wszystkie choroby przenoszą właśnie szczury, a twórcy tak beztrosko czynią ze szczura szefa kuchni we francuskiej restauracji!

Nie powiem już nic więcej, nie chcę rujnować dziecięcych wspomnień tym, którzy wychowali się na tych filmach. Ale pamiętajcie - umysły dzieci są bardziej podatne niż umysły dorosłych. Dlatego zanim zabierzecie dziecko do kina, przeczytajcie uważnie, o czym traktuje film, i zerknijcie do odpowiednich źródeł. Nie pozwólcie, aby podprogowe przekazy zatruwały kilkuletnie umysły najmłodszego pokolenia.

poniedziałek, 25 marca 2013

Tytuł posta ocenzurowano.

Jestem antysemitką. Jestem faszystką, brunatną koszulą, szerzącą nienawiść ignorantką. Toczy mnie robak nazizmu i [sic!] Bolszewizmu.

Powód: powiedziałam o Żydzie.

A dokładniej, powiedziałam „Biegasz jak Żyd po pustym sklepie”.

Harpie hiperpoprawności politycznej rzuciły się na mnie z pragnieniem rozszarpania mnie na strzępy. Zostałam odżegnana od czci i wiary. Zostałam okrzyknięta hipokrytką, która z jednej strony domaga się tolerancji, a z drugiej strony sama szerzy hasła nienawiści. Byłam tak zaskoczona, że nawet się nie broniłam, tylko zwiałam z podkulonym ogonem. Co ja takiego powiedziałam? Nigdy nie widziałam w tym powiedzeniu żadnego negatywnego wydźwięku, ale skoro zostało uznane za antysemickie, coś w tym musi być, prawda? Doszukałam się źródła. To wyrażenie jeszcze przedwojenne i oznacza energiczność, przedsiębiorczość osoby, do której się odnosi. Co w tym negatywnego?

Ach tak. Pejoratywne jest słowo „Żyd”.

Wpadliśmy w pułapkę hiperpoprawności politycznej, która ewidentnie pozbawiła ludzi rozsądku. Oczywiście, nie wolno szerzyć nienawiści na tle rasowym, wyznaniowym, seksualnym, etnicznym. Mamy to nawet zapisane w Konstytucji. Oczywiście, teoria a praktyka…

Nie wolno mówić o Żydach, bo nieważne, co powiemy, samo słowo okazuje się u nas synonimem Oświęcimia. Mówisz o Żydzie? To mówisz o gazie. Ewentualnie, jeśli nie masz na myśli gazu, mówisz o światowym spisku mającym na celu przejęcie władzy przez tajne organizacje syjonistyczne.
Nie wolno mówić o Arabach, bo „Arab” oznacza „11 września”.
„Murzyn” znaczy „brudny”.
A spróbujcie powiedzieć, że w Strefie Gazy Żydzi biją się z Arabami! Rany boskie, Sodoma i Gomora!
Nieważny jest kontekst, ważne jest słowo-klucz.

Kiedy mieszkałam w Wielkiej Brytanii, usłyszałam anegdotę o człowieku, który wylądował przed sądem za szerzenie nienawiści na tle rasowym. Powód: wszedł do księgarni i poprosił o książkę Dziesięciu murzynków Agathy Christie. Rozbawiło mnie to, uznałam, że Brytyjczycy zwariowali i dali sobie wejść na głowę. Teraz coraz mniej mi do śmiechu, bo obserwuję, jak przenosi się to na polski grunt. A pierwszym objawem są podwójne standardy.

Coroczny marsz homoseksualistów jest określany „Paradą Równości” i jest to – oprócz nazwy imprezy – potocznie przyjętym określeniem tego typu wydarzeń. Zorganizowana kilka lat temu „Parada Normalności” została okrzyknięta przez media „marszem nienawiści”. Zdarzyło się, że byłam naocznym świadkiem obu imprez – obie parady przechodziły okolicami Uniwersytetu Warszawskiego w czasie, kiedy tam studiowałam. Oba pochody były barwne, bardzo pokojowe, pełne muzyki i śmiechu. Różniły się tylko niesione na transparentach hasła; środowiska LGBT szły pod hasłem „miłość, radość, wolność”, środowiska heteroseksualne niosły napisy „miłość, radość, rodzina”. Nikt nie palił kukieł, nie było rzucania kamieniami, wykrzykiwania gniewnych słów. Ale mentalność podwójnego standardu zrobiła swoje.

Najbardziej fascynujące jest to, że obok tej poprawnościowej paranoi funkcjonują środowiska skrajnie nacjonalistyczne, promujące jedyną słuszną narodowość i jedyną słuszną religię. Te środowiska działają w majestacie prawa, jak choćby sejmowa komisja do spraw przeciwdziałania ateizacji Polski. Obraza uczuć religijnych też jest traktowana dość swobodnie – można spalić Gwiazdę Dawida pod pałacem prezydenckim, ale za oblanie farbą wizerunku Matki Boskiej (nawet nie samego wizerunku, tylko pancernej szyby osłaniającej tenże wizerunek) już idzie się pod sąd za obrazę uczuć. Jeśli czytają mnie jacyś Żydzi, bardzo proszę o podzielenie się ze mną odczuciami na widok ukrzyżowanego Jezusa wiszącego w salach, w których sześciolatki dowiadują się, że Ala ma kota. Chciałabym też dowiedzieć się, jak się czują dzieci rodziców innych wyznań, niż katolickie, które mają do wyboru lekcje jedynej słusznej religii albo siedzenie na korytarzu, ewentualnie w świetlicy. Czy nie czują się lekko wykluczone?

Dziwny to dysonans – z jednej strony przewrażliwione środowiska (z moich obserwacji wynika, że raczej wielkomiejskie, „lemingowe”), dla których każde określenie wskazujące etniczność lub wyznanie jest przejawem kseno-, homo- i innych fobii, z drugiej strony (tu, z tego co widzę, przeważa małomiasteczkowość) nie ma religii ponad katolicyzm, a Murzyni służą do zbierania bawełny. Czarno-białość zupełna. Jak zwykle brakuje odcieni szarości.

Bardzo proszę, nie dajmy się zwariować, dobrze?
Postaram się ułatwić zachowanie normalności przez prezentację małego słowniczka.
Żyd – wyznawca religii semickiej, osoba narodowości izraelskiej.
Poprawne użycie słowa:
Biegasz jak Żyd po pustym sklepie.
Szewach Weiss jest Żydem.
Środowiska żydowskie zaprotestowały przeciwko ustawieniu krzyża papieskiego w Oświęcimiu.
Niepoprawne użycie słowa:
Żydzi do gazu!
Zmasowany atak pedalskiej żydomasonerii.
Arab – osoba pochodząca z Bliskiego Wschodu, ze szczególnym uwzględnieniem Półwyspu Arabskiego.
Poprawne użycie słowa:
Arabowie stanowią coraz liczniejszą grupę etniczną na wyspach brytyjskich.
Niepoprawne użycie słowa:
Ostatnio jechałam metrem z duszą na ramieniu, bo widziałam, jak do wagonu obok wsiada Arab.
Osobom, które nie widzą różnicy między poprawnym i niepoprawnym wykorzystaniem słowa, zalecam odszukanie w słowniku definicji słowa kontekst.
Gej – tak.
Pedał – nie.
Lesbijka – tak.
Lesba – nie.

Ach, i rozprawmy się przy okazji z Murzynami. Pejoratywność tego słowa zawdzięczamy tłumaczom amerykańskich filmów, którzy nie odróżnili określenia nigger (czarnuch) od negro (Murzyn). To drugie jeszcze niedawno było na Zachodzie całkiem neutralne. Ale skoro już upieramy się przy stosowaniu określenia Afroamerykanin, to bądźmy poprawnościowo konsekwentni i nie nazywajmy Johna Godsona Afroamerykaninem, tylko Afropolakiem.

 
No, powiedziałam, co miałam do powiedzenia.
A teraz dajcie mi znać, gdzie stoi stos i o której godzinie mam się na nim stawić i spłonąć.

poniedziałek, 11 marca 2013

Habemus wiosnam

[Na początku chciałam tylko powiedzieć, że jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyłam się, że muszę odwołać własne słowa. Z radością proszę o uznanie poprzedniego wpisu za niebyły - kto śledzi jako tako media wie, że gramy dalej.]

Kochani, wiosna!
Przyszła, potknęła się o pryzmę śniegu i leży pod zaspą, ale lada chwila wstanie, otrzepie się, wyciągnie z kieszeni kilka albo kilkanaście stopni Celsjusza, zdmuchnie śnieg, rozpędzi chmury i da nam więcej powodów do uśmiechu.
 
Dwa dni wiosny w ubiegłym tygodniu dały mi potężnego kopa energii, gburowatość poszła w kąt. Nawet chętniej (i bez pomocy budzika!) wstaję o szóstej rano, a to sukces, który przez blisko 30 lat mojego życia był poza moim zasięgiem - zawsze uważałam, że - parafrazując Joannę Chmielewską - szósta rano to godzina zbyt późna do udoju krów, a zbyt wczesna do udoju Karli.
 
Taki stan rzeczy to zasługa nie tylko nadchodzącej wiosny. Myślę, że taką poprawę nastroju zawdzięczam też wyleczeniu się z nałogu. Nie, nie rzuciłam palenia, dalej kurzę jak smok i śmierdzę jak popielniczka. Pozbyłam się innego nałogu, w mojej opinii bardziej szkodliwego.
Rzuciłam media.
 
Zdaję sobie sprawę, że brzmi to co najmniej dziwnie w ustach zapalonej studentki dziennikarstwa, ale taka jest prawda.
 
Od jakiegoś czasu byłam uzalezniona od bieżących informacji. Zaczynałam dzień od porannego serwisu w telewizji, w ciągu dnia robiłam dwa-trzy przeglądy stron www, później wieczorna porcja informacji telewizyjnych, przed snem jeszcze szybki przegląd, czy nie wydarzyło się coś wiekopomnego. Jakby tego było mało, wszystkie ważne wydarzenia, już w formie lekko przetrawionej, przyswajałam z kilku tygodników. W trosce o pełen obraz sytuacji, starałam się też obejrzeć każdą informację z każdej strony, więc kiedy coś przykuło moją uwagę, szperałam w mediach prawych i lewych, a na dokładkę zaglądałam do serwisów zagranicznych - na wszelki wypadek.
 
Ponieważ jedną z maksym dziennikarzy jest "Dobry news to zły news", w serwisach przeważają złe wiadomości, a to ma wpływ na samopoczucie odbiorcy, zrzędziłam na cały świat. Moja zgryźliwość w końcu napotkała opór mojej dobrej koleżanki K.
 
Tu warto przybliżyć osobę K.
K., zwana z nieznanych przyczyn Piklem, nie widzi problemu. Nigdzie i w niczym. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zastać jej w złym humorze - wszystko wokół niej jest albo fajne, albo niegodne uwagi. Czasem tylko traci cierpliwość do malkontentów. Czyli w tym przypadku do mnie.
 
To już drugi raz K. przywołuje mnie do porządku. Za pierwszym razem miała dość mojego wiecznego narzekania na nadwagę i związaną z nią ociężałość, więc postanowiła wziąć mnie w obroty - dosłownie i w przenośni. K. jest od kilku lat weganką i twierdzi, że właśnie to zaraziło ją pozytywnym spojrzeniem na życie, wszechświat i całą resztę. Kazała mi zrobić to samo. Oczywiście na takie dictum usłyszała, że w takim razie sama powinna rozpatrzyć powrót do mięsożerstwa, bo jeszcze jedna taka sugestia i każę jej ugryźć się w dupę. Argument nie zdał się na wiele, bo K. po prostu złożyła się wpół, wsadziła głowę między nogi i ugryzła się w dupę na moich oczach - oprócz weganizmu zaczęła bowiem praktykować jogę. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak poddać się jej tyranii - od września jadłam mięso raptem kilka razy, więcej się ruszam. Efekty widać, czuję się dobrze, moja doba jest bardziej wypełniona, głowa pracuje wydajniej.
 
Niestety, dobry humor, który nie opuszczał mnie w pierwszych tygodniach wegetariańskiej diety, powoli wygasł, co nie umknęło uwadze Pikla. W ramach interwencji zostałam posadzona w pełniącym rolę kozetki fotelu i zdiagnozowana. Teraz do zakazu jedzenia mięsa doszedł zakaz śledzenia informacji. Nauczona wcześniejszym doświadczeniem, przyjęłam restrykcje z pełnym zaufaniem do mojej życiowej tyranki i już widzę, że znów miała rację.
 
Ile można słuchać, że na świecie źle się dzieje, że kryzys, że partie się rozpadają, że wojna w Syrii, że papieża nie ma, że Smoleńsk, że mamamadzi? Jakby tego było mało, kiedy zaczyna brakować świeżych newsów, zaczyna się gdybanie. I nagle tematem dnia staje się kolor butów Benedykta XVI, rozważanie, czy w przypadku rozpadu partii A poseł B przejdzie do partii C czy też D, a może zamiast tego obejmie bezpartyjną funkcję E.
 
To nie jest przygana ukierunkowana na media - takie ich zadanie, na tym zarabiają. Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy wstajecie rano, zaparzacie sobie kubek kawy, włączacie telewizor i słyszycie następujące słowa: "Szanowni Państwo, w ostatnim czasie nie wydarzyło się nic godnego uwagi. W związku z tym zaprezentujemy prognozę pogody i przejdziemy do bloku reklamowego". Już widzę rekordy oglądalności i strumień pieniędzy wpadający do kieszeni wydawcy.
 
To, co mogę zmienić, to własne przyzwyczajenia, dlatego ograniczyłam ten potok informacji - kwadrans porannej telewizji i lektura dwóch tygodników, sporadycznie wieczorny serwis informacyjny. Dzięki temu ominęła mnie już burza, która ponoć przetoczyła się wokół prezesa trzymającego tablet, nie wiem, co się dzieje z Katarzyną W., a w kwestii Watykanu wiem tyle, że konklawe ma się zacząć jutro.
 
I nagle okazało się, że moja doba jest jeszcze bardziej wypełniona, bo nie tracę czasu na wertowanie stron informacyjnych. Nie obgryzam już paznokci z frustracji spowodowanej słowami Wałęsy, czynami Palikota i wnioskami Pawłowicz. Nie mam już ochoty wysadzić Wiejskiej w powietrze ze złości, że zajmują się pierdołami, zamiast pochylić się nad naprawdę ważnymi sprawami.
 
A kiedy w wolnej chwili zaglądam do Internetu, zamiast czytać komentarze do spraw bieżących, oglądam filmy z kotkami i pieskami, co wywołuje u mnie kompletnie beztroski uśmiech. Czego Wam i sobie życzę.
 
Piklu, składam Ci hołd należny wielkim, bo znów masz rację. Ucz mnie, o Mistrzyni, Twoja mądrość nie ma równych w tym szalonym świecie.
 
A Wam wszystkim gorąco polecam ograniczanie rzeczywistości do niezbędnego minimum.
Przedawkowanie rzeczywistości szkodzi na głowę, serce i wątrobę.
 

niedziela, 3 marca 2013

Łobi jabi

Przejrzałam swoje ostatnie wpisy i zauważyłam, że blog ocieka sarkaniem, narzekaniem, wytykaniem tego, co złe i niesmaczne. Chciałam to zmienić, postanowiłam napisać coś pozytywnego, coś, co wywoła uśmiech na twarzy. Układałam w głowie coś na temat nadchodzącej wiosny i tego, co na wiosnę można zrobić. Zbieranie pozytywnych słów skończyło się w sobotę o godzinie 21.30, kiedy na Facebooku pojawiło się oświadczenie Jurka i Dzidzi Owsiaków. To, co przeczytałam, wyssało ze mnie wszystkie dobre słowa.
 
Od 1997 jestem Wolontariuszką Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pamiętam doskonale swój pierwszy Finał - razem z przyjaciółmi, w harcerskich mundurkach, spędziliśmy większość tego dnia w Złotokłosie. To maleńka miejscowość z maleńkim kościołem, który 16 lat temu był tam jedynym punktem zbornym. Poza okolicami kościółka na ulicach nie było poza nami żywej duszy - przywiozłam stamtąd w puszce jakieś 360 złotych z groszami. Niewielka kwota, nawet na tamte czasy, nawet dla dwunastoletniego szczyla, ale nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Bo właśnie wtedy, 12 stycznia 1997, dostałam najbardziej wyjątkową lekcję w życiu. Dowiedziałam się, co to naprawdę znaczy dobroczynność, jaki ładunek niesie ze sobą pomaganie innym. Charytatywny bakcyl zagnieździł się we mnie na tyle głęboko, że później potrafiłam pójść na wagary tylko po to, żeby pojechać do Fundacji, mieszczącej się wówczas jeszcze na Madalińskiego, i składać puszki albo laminować identyfikatory Wolontariuszy. Zawsze wiązała się z tym dobra zabawa, ponieważ Fundacja była pełna podobnych ludzi, pełnych entuzjazmu, którzy w ciężką pracę wszczepiali pierwiastek dobrej zabawy. Myślę, że klimat, jaki panował na Madalińskiego, dobrze oddaje takie wspomnienie:
 
W jednym pomieszczeniu siedzi osiem osób - dwóch gości w skórach, z włosami do pasa, czworo harcerzy w mundurkach, jeden chłopak w bluzie z kapturem, jeden ubrany od stóp do głów w wojskowe moro i jedna hipiska. Ktoś laminuje identyfikatory, ktoś liczy arkusze z serduszkami, ktoś składa puszki, ktoś sortuje korespondencję. Panuje zgodne milczenie, a ciszę zagłusza tylko głos z radia, a konkretnie - Radia Maryja. Nie pamiętam już, kto i dlaczego zmienił stację na koronkę do miłosierdzia, nie pamiętam też, ile czasu słuchaliśmy tych modłów, ale podobne obrazki były tam na porządku dziennym.
 
Lata płyną, dawno już nie biegam z puszką po ulicy, ale to nie znaczy, że rozstałam się z Orkiestrą. Wręcz przeciwnie, teraz mam zaszczyt prowadzić sztab w Piasecznie. Ramię w ramię ze mną stoją ludzie, którzy w 1997 byli ze mną w Złotokłosie, którzy też spędzali wagary na Madalińskiego. Z puszką wychodzą za to ludzie, którzy skorzystali z tych 360 złotych z groszami, zebranych pod tamtym kościołem. Mamy wśród Wolontariuszy dzieciaki, które mają w swoich książeczkach zdrowia wbite certyfikaty potwierdzające przeprowadzenie badań przesiewowych na sprzęcie kupionym przez Fundację. Jak perpetuum mobile, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy uratowała pokolenie dzieciaków, które teraz ratują kolejne. 
To jest ta jasna strona księżyca.
 
Z drugiej strony są niekończące się inwektywy, które słyszałam pod adresem swoim, Wielkiej Orkiestry i osoby Jurka Owsiaka. Wielokrotne opluwanie jest nieodzowną częścią pracy każdego Wolontariusza, na każdym szczeblu akcji. Dochodzi do niebezpiecznych sytuacji, jak wtedy, gdy jeden z lokalnych proboszczów poszczuł naszych Wolontariuszy psem. Zdarzył się nawet akt przemocy fizycznej, kiedy starsza kobieta uderzyła mnie torebką w głowę. Nauczyliśmy się ignorować takie sytuacje. Staramy się działać zgodnie z zasadą "psy szczekają, karawana idzie dalej" - mimo takich zachowań rokrocznie zbieramy wszak ogromną kwotę i widzimy, jak zgromadzone pieniądze przybierają kształt nowoczesnych sprzętów wchodzących w skład wyposażenia oddziałów dziecięcych na terenie całego kraju. Nauczył nas tego Jerzy Owsiak, który tak samo ignoruje znaczną część nagonki prowadzonej w mediach przez niektórych ludzi, roszczących sobie prawo do miana autorytetu.
 
Teraz spadł na nas cios z innej strony. Cios o tyle bolesny, że pochodzący od tych, którym pomagamy - od lekarzy i ratowników. Mówię oczywiście o przypadku dwuipółletniej Dominiki, której nie udzielono pomocy. Nie wiem, jakie motywy kierowały ludźmi zaangażowanymi w ten przypadek, ale lenistwo, niekompetencja i bezmyślność przebijają się na pierwszy plan. Tu nie pomogą żadne pieniądze, choćbyśmy zbierali grube miliardy.
Jak tak można?
 
Po co marnować długie lata na edukację w szkołach medycznych, skoro przysięga Hipokratesa tak szybko ucieka z pamięci? Czy nie lepiej było skończyć w trzy lata jakąś szkołę menedżerską i trzepać kasę w korporacji? Tam przynajmniej można być bezdusznym i jeszcze czerpać z tego zyski, nie mając na sumieniu ludzkiego życia. 
O, przepraszam, rozpędziłam się. Najpierw trzeba mieć sumienie.
 
Czym się Państwo zasłonią? Brakami w kadrach? Błędami w systemie? Jeśli są tu jakieś luki i błędy, to w Państwa myśleniu i odczuwaniu. Dodali Państwo do czary goryczy tę kroplę, która już się przelała. Doprowadzili Państwo do tego, że istnienie największej organizacji wspierającej medycynę dziecięcą w kraju stanęło pod znakiem zapytania.
 
Rozumiem Jerzego i Dzidzię. Nawet najbardziej wytrwały Don Kichot uderzy w końcu głową w mur o jeden raz za dużo. Można przetrwać wszystko tak długo, jak długo widzi się sens i cel własnych działań. Kiedy te starania zostają zniweczone w tak perfidny sposób, pozostaje się poddać. Zwłaszcza, kiedy nie widać perspektywy zmiany.
 
Rozumiem ich, ale nie godzę się z ich decyzją i mam szczerą nadzieję, że jednak zmienią zdanie. 
Jerzy, Dzidziu, zostańcie z nami. Grajmy dalej. Pamiętajcie, że na jedną Dominikę przypada też jeden Kajetan, który urodził się w dobrych warunkach, otoczony sprzętem oklejonym naszymi serduchami. Na jedną z bliźniaczek Bartłomieja Bonka przypada jedna Martusia, która dzięki szybkiej diagnozie dzisiaj słyszy. Pamiętajcie o dzieciakach, które ratują życie swoim kolegom, rodzicom i dziadkom, umiejętnie wzywając pomocy, a czasem udzielając jej samodzielnie.
 
Jurku, jesteś Don Kichotem, który pokonał tysiące wiatraków. Odchodząc teraz i w takich okolicznościach zostawisz po sobie setki tysięcy sierot, które wierzą w Ciebie i w sprawy, o które walczysz. 
 
Mówią, że istnieją dwie rzeczy nieskończone - wszechświat i ludzka głupota. 
Wierzę, że istnieją trzy rzeczy nieskończone - wszechświat, ludzka głupota i dobroć Jurka i Dzidzi Owsiak.