wtorek, 15 października 2013

Już rozumiem, dlaczego pisarze przypisują furii purpurowy kolor

Czy zdarzyła Wam się kiedyś sytuacja, w której kompletnie nie wiedzieliście, jak zareagować? Coś takiego przytrafiło mi się ostatnio w kinie, a sytuacją, z którą nie byłam w stanie sobie poradzić, było chamstwo. 
Oto, co się stało. 
Poszłyśmy z moją przyjaciółką S. do kina na film, na którym cholernie mi zależało - "Grawitację". Był to pierwszy weekend wyświetlania, film zdążył już zebrać świetne recenzje za granicą, więc na sali panował spory tłum. Koło nas usiadła parka. Światła zgasły, reklamy dobiegły końca, zaczęła się projekcja. Zaczęły się też przygody na fotelach obok. Siłą rzeczy byłam zmuszona wysłuchiwać dość głośnego obcałowywania, ale spoko - są na randce, kochają się, czemu nie. Później zaczęły się rozmowy, bynajmniej nie szeptane. Zwróciłam im grzecznie uwagę, ale nic z tego nie wynikło. Ponowna prośba o ciszę - też bez odpowiedzi. 
Później zaczął dzwonić telefon. 
Dziewczyna najpierw odebrała SMS, łudziłam się przez chwilę, że może po prostu zapomniała wyłączyć dźwięk i szybko naprawi swój błąd. 
Kilka minut później usłyszałam "Nokia tune". Poprosiłam o wyłączenie telefonu. 
Zgadnijcie, co się stało chwilę później?
Dostała SMS! 
Pięć minut później - znów "Nokia tune". 
Lekko puściły mi nerwy. 
- Serio?! - zapytałam, patrząc na nią z niedowierzaniem. 
- Wyłącz ten cholerny telefon! - warknęła obok mnie S. 
- No chyba chciała pani film oglądać, nie? - odburnkęło dziewczę. 
- Próbujemy, ale nam nie dajesz! 
- No, to macie pecha - wzruszyła ramionami młodociana sucz i wgapiła się z powrotem w wyświetlacz telefonu. 
Jak zareagować w takiej sytuacji? Wątpię, żeby obsługa była w stanie coś zdziałać, chamstwo tej kretynki było tak bezczelne, że zabrakło mi języka w gębie. Twórcom filmu należy się Pokojowy Nobel, bo gdyby tak skutecznie nie przytwierdzili mnie tym arcydziełem, jakim jest "Grawitacja", do fotela, prawdopodobnie schowałabym do kieszeni kulturę osobistą i pacyfizm i zwyczajnie wyciągnęła tę picz za włosy z sali (o powodzenie takiej operacji nie miałam powodu się martwić - ona była mniejsza ode mnie, a ja byłam na skraju furii). 

Co się stało z ludźmi?! Jeszcze parę lat temu coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Nie mówię tu o samej komórce dzwoniącej w kinie - do tego dziadostwa musiałam się już niestety przyzwyczaić. Zwykle zresztą jeśli komuś w sali zadzwoni telefon, dźwięk jest szybko pacyfikowany przez właściciela, dawno już nie musiałam nikomu o tym przypominać. Ale tu objawiło się nie tylko chamstwo oborniane w najczystszej postaci, ale też kompletna bezrefleksyjność i - co najgorsze - całkowity mamtowdupizm w stosunku do bliźniego. W takich warunkach nie dziwię się rosnącej liczbie filmików na YouTube, pokazujących człowieka przeprowadzającego staruszkę przez jezdnię, opatrzonych tytułem "Wiara w ludzkość przywrócona". Skoro w naszej rzeczywistości wszechobecne jest kurewstwo, nie ma co się dziwić, że w tak normalnych i wynikających z elementarnej kultury osobistej gestach dopatrujemy się znaków, że może jeszcze z nami nie jest tak źle. 
Hej, gościu nagrywający chłopaka niosącego zakupy staruszka na ulicy - odłóż tę cholerną kamerę, Pulitzera za to nie dostaniesz. Ale kiedy już przestaniesz gapić się na świat przez soczewkę obiektywu, twoim oczom może ukazać się nieprawdopodobne zjawisko - drugi człowiek. Kto wie, może to nawet ten sam człowiek, którego przed chwilą potrąciłeś, bo właził ci w kadr?

Chwilowo nienawidzę ludzi i chyba z tej okazji obejrzę sobie dzisiaj "God bless America" - taki niezbyt ciężki filmik, którego bohaterem jest facet ze świeżo zdiagnozowanym nieuleczalnym nowotworem. Gość popada w marazm, spędza dnie przed telewizorem, gapiąc się na to, co mu tam serwują i pewnego dnia widzi coś, co wyciąga go ze stagnacji - reality show, w którym nastolatka rzuca w swoją koleżankę zużytym tamponem. Ta scena daje Frankowi (bo tak ma na imię nasz bohater) motywację i cel w życiu - zamierza zabić każdego debila, każdego chama i popaprańca, jakiego wydała Ameryka. 
Sama nie mogę zrobić czegoś takiego, bo jest to sprzeczne z moimi wartościami, a poza tym nie mam dostępu do broni, mam więc nadzieję, że obejrzenie filmu przyniesie mi choć szczątkową ulgę.

Nie chcąc kończyć w niewierze w ludzi, dodam więc, że w ten weekend spotkały mnie trzy fantastyczne rzeczy: wróciłam do szkoły i spotkałam znów miłe i znajome twarze, przeczytałam najnowszą powieść Stephena Kinga, która jest kontynuacją "Lśnienia" i jest prawie równie dobra, a na koniec - obejrzałam (zgadnijcie co!) "Grawitację". 
Koniecznie obejrzyjcie ten film. To absolutne arcydzieło, kino, jakiego dawno nie widzieliście - i jeszcze więcej. Dużo wody upłynie, zanim znów zobaczymy coś tak genialnego. 
Zatem - DO KINA! 
A kto nie pójdzie, ten niech parchami obrośnie, wyłysieje, albo w inny sposób stanie się charakterystyczny z wyglądu, żebym z daleka widziała, z kim się nie zadawać. 

wtorek, 8 października 2013

Niektóre rzeczy w życiu dzieją się znienacka, inne zaś - całkiem znacka.

Notka w biegu:
Pan Józef Michalik powiedział dzisiaj, że rozwody rodziców i poszukiwanie miłości przez zagubione dzieci prowadzi do przypadków pedofilii w polskim kościele.

Przez chwilę byłam oburzona tymi słowami, ale potem pomyślałam, że przecież ta linia obrony nie jest nowa - wszak od lat winą za gwałt obarcza się kobiety, bo "ta dziwka mnie sprowokowała". Zresztą, nie mam ochoty znów pisać o kościele i klechach, dlatego w ramach komentarza zacytuję Juliana Tuwima:

Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rentę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.


 A od siebie dodam jeszcze tylko, że wszystko wskazuje na powolny koniec przywilejów facetów w czerni. I życzę im tylko, aby - kiedy już zaopiekuje się nimi prokuratura i sąd - trafili w ręce więziennych misiaczków, którzy jak te wspomniane przez Michalika dzieci lgną i poszukują miłości.
KONIEC TEMATU. 
AD REM:

Złapałam dzisiaj doła z przyczyn, które mogą wydawać się zabawne.  Otóż napisałam recenzję filmu, który wczoraj oglądałam. Niestety, film zawiódł moje oczekiwania, więc też recenzja nie mogła być pozytywna. A tego bardzo nie lubię. 

Już kiedyś wspominałam, że jestem wierną kochanką srebrnego ekranu. Wielokrotnie byłam zdradzana, ale - jak na kochankę przystało - zawsze wybaczałam i wierzyłam, że to tylko ten jeden raz, że każdemu zdarza się zabłądzić. W dalszym ciągu wierzę - świat filmu jest wielki, a jego możliwości niezmierzone, dlatego wiem, że jeszcze nieraz wyjdę z kina przepełniona dziecięcym zachwytem (zresztą planuję to zrobić już w najbliższy weekend). Zresztą moi przyjaciele wiedzą, jak fatalny musi być film, abym nie znalazła w nim choć jednego pozytywnego aspektu - ładnych zdjęć, dobrego aktorstwa czy chociaż dobrze dopasowanej muzyki (jeśli nie wierzycie, jestem zachwycona filmem "Movie 43", na którym cały świat zawiesił psy). Tym razem jednak rozczarowanie mnie przerosło. Długie godziny myślałam o filmie, szukając czegokolwiek, co mogłabym pochwalić - bez powodzenia. Nawet główna aktorka, kobieta mająca na koncie kilka naprawdę wybitnych ról, której warsztatowi dotychczas ufałam, nie była w stanie uratować tej katastrofy. Wszystko to znalazło odbicie w napisanej przeze mnie recenzji i z tego powodu poczułam się źle. 

Zawsze wierzyłam w stare angielskie powiedzenie, że piękno leży w oku patrzącego, dlatego zawsze staram się unikać publicznego wydawania sądów o obejrzanych filmach. Jaki jest sens opisywania własnych interpretacji filmu? Czy nie zamyka to odbiorców na własne doznania? Film jest przecież dziełem sztuki i tak jak we wszystkich innych dziedzinach, jak malarstwo czy poezja, odbiór dzieła zależy od odbiorcy. Dlaczego więc krytycy wciąż bawią się w kinematograficzną wersję uczniowskiej interpretacji „co poeta miał na myśli”? Krytyk filmowy, wygłaszający swoje zdanie ex cathedra, może pobudzić ambitniejszego widza do polemiki, ale przygodnemu odbiorcy, który w kinie szuka przede wszystkim dobrej rozrywki, doszukiwanie się Bressonowskiej koncepcji decydującego momentu w metodyce filmowania najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego jest potrzebne, jak rybie rower.

Teraz jednak przyszło mi pisać recenzje. Mam nadzieję, że z tego tytułu nie będę musiała zrewidować swoich poglądów i następnym razem będę mogła z czystym sercem napisać o filmie dobrze i polecić go czytelnikom.

Muszę jednak być uczciwa i zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. 
Przy całej mojej miłości do srebrnego ekranu, mam bardzo złe zdanie o polskim filmie, który od czasów powojennych bardzo mocno wpisuje się w naszą historiografię. "Różyczka", "Katyń", "Pokłosie", a teraz "Wałęsa" – polscy twórcy garściami czerpią z naszej niedalekiej przeszłości i wydarzeń, których uczestnicy wciąż żyją. 

Mam dość rozbijania Murów Berlińskich, otwierania Układów Zamkniętych, szukania Kretów i Wajdowskiej hagiografii. Nie chcę wychodzić z kina, dźwigając II wojnę światową i PRL. Chcę zobaczyć dobrą opowieść, która pobudzi moją wyobraźnię, która będzie dobrą i niezobowiązującą rozrywką. Chcę kina niepoważnego, po którym w mediach nie wybuchnie historyczno-polityczna wojna, jak to miało miejsce wokół "Pokłosia". 

Niestety, poza scenariuszami napisanymi przez przeszłość, polska kinematografia ma mi od pewnego czasu do zaoferowania niewiele ponad lichutkie komedyjki, które oglądam w ramach autorskich Maratonów Kina Debilnego. 

Dlatego właśnie przy kinowej kasie wybieram Almodovara, Allena i von Triera, zostawiając komedyjki Zatorskiego zakochanym parom, a Wajdę i Kawalerowicza uczniom, przyjeżdżającym całymi klasami na seanse w ramach szkolnej lektury.

wtorek, 1 października 2013

Tit, tit, tiiiit.

Dumbshit, fucking TITFUCKER!!! 
Mail o takiej treści dostałam wczoraj od mojej drogiej koleżanki, wspominanej wcześniej Pani Doktor. Nie, Pani Doktor nie cierpi na Tourette'a, cierpi jedynie na nadmierną ekspresyjność, która w połączeniu z wykonywanym zawodem i polskimi korzeniami potrafi przyprawić marynarzy o pensjonarski rumieniec. 
 
Wiadomość była oczywiście dłuższa, ale przytoczony fragment niewymownie mnie urzekł. A konkretnie - słówko TITFUCKER. W wolnym tłumaczeniu: cyckojebca. Nie znałam tego słówka wcześniej, zawsze wydawało mi się, że akurat język angielski jest dość ubogi w przekleństwa. W ramach specyficznego aktu patriotyzmu odczuwałam dumę na myśl o tym, że tu, w Polsce, można się pieprzyć, pierdolić czy jebać, podczas gdy Anglosasi mogą się co najwyżej fuck
 
Okazuje się jednak, że ilość derywatów od słów fuck, shit czy cunt daje niemalże nieskończone możliwości przeklinania w tym języku. Moim osobistym faworytem wszech czasów jest thundercunt. Niesie w sobie ładunek tak potężny, że po polsku nie wyrazi go nawet najsoczystsza kurwa
 
Właśnie ten ładunek jest magią przekleństw. Ilość emocji, które można włożyć w jeden solidny wulgaryzm, jest nie do opisania. A taka jest przecież funkcja przekleństw - pozwalają nam wyładować emocje. Ból, złość, gniew, rozczarowanie, zaskoczenie, radość, ekstaza, zwycięstwo... Choćbyśmy nie wiem jak dbali o kulturę osobistą, motyla noga nigdy nie uśmierzy bólu po kopnięciu małym palcem u nogi w kant szafki. 
 
Podczas mojego krótkiego, acz radosnego, epizodu z wydziałem polonistyki dowiedziałam się, że fenomen wulgaryzmów polega na zbitkach głosek twardych, przy artykulacji których uruchamia się najwięcej mięśni w aparacie mowy. Spróbujcie sami - rzućcie mięsem i poczujcie, jak na podniebieniu wybucha Wam K, jak R wibruje na języku. To działa w każdym języku - Anglicy mają wspomniane wcześniej titfuckery czy thundercunty, Francuzi jak zawsze zjedzą połowę liter, ale putain wciąż będzie niosło emocje. Włosi wycedzą przez zęby cazzo, Niemcy zaś... cóż, akurat Niemiec może nas nazwać swoim kochanym motylkiem, a my i tak w panice podniesiemy ręce do góry... 
 
Umiejętnie rzucone przekleństwo działa jak werbalne katharsis. Ba - czytałam nawet gdzieś, że z uwagi na ilość uwalnianej ekspresji, osoby skore do przekleństw są bardziej godne zaufania. 
 
Jest jednak jeden warunek, aby wulgaryzm odniósł upragniony skutek - musi być stosowany z umiarem. Jeśli zaczniemy używać przekleństw jak znaków interpunkcyjnych, ich czar pryśnie. Mięśnie twarzy się przyzwyczają, a aureolka tabu zniknie, odbierając słowom ich moc. 
 
A przy okazji wyjdziemy na wulgarnych buraków. 
Używajmy słów świadomie, oszczędnie, ale nie wstydźcie się ich! 
Przeklinajmy na zdrowie, kurwa! 

poniedziałek, 23 września 2013

Skoro każdy ma swojego patrona, kto jest patronem ateistów?

Renomowany rzeźbiarz Paweł Althamer ogłosił niedawno, że planuje wkomponować rzeźbę Jezusa w bryłę bloku na warszawskim Bródnie. 
Ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha. 

A poważnie, poszperałam w mediach, informacja dotarła do mnie z kilku źródeł - wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście ma taki plan, choć póki co chyba nie ma jeszcze żadnych pozwoleń. Oczami wyobraźni natychmiast zobaczyłam Maryję wkomponowaną w Pałac Kultury i Nauki - Wejherowo może mieć Matkę Boską Obrotową, Warszawa będzie miała Matkę Boską Peerelowską. 

Jeśli plan Pana Althamera się powiedzie i jego dzieło ujrzy światło dzienne, powstanie w Polsce Trójkąt Katolicki na linii Świebodzin (Jezus) - Częstochowa (Jan Paweł II) - Warszawa (znów Jezus). Będzie to nasza lokalna odmiana Trójkąta Bermudzkiego, z tą różnicą, że zamiast samolotów i statków, znikać będą geje, ateiści i zdrowy rozsądek. 

Będzie to także kolejny dowód na to, że Polacy spali na lekcji religii, kiedy ksiądz opowiadał o złotym cielcu, a słowa papieża o istocie jałmużny i wspieraniu najuboższych zagłuszyli okrzykami "Zostań z nami!" i "Którędy na kremówki?!". 

Nigdy tak do końca nie rozumiałam istoty wiary katolickiej. Owszem, dreptałam w dziecięctwie co niedzielę na mszę (zawsze zastanawiałam się, dlaczego - skoro czeka nas życie wieczne, zmartwychwstanie i w ogóle samo dobro - kościelne obrządki są tak smutne, a organista płaczliwy, jakby mu rodzina wymarła na dżumę). W liceum, kiedy przechodziłam okres zwątpienia i poszukiwania wiary, przeczytałam od deski do deski całą Biblię. I wiecie co? To jest cholernie mądra książka! Jeśli porównać ilość nauk, jakie można wyciągnąć z mitologii greckiej i chrześcijańskiej, Biblia naprawdę uczy ważnych rzeczy - miłości do drugiego człowieka, szeroko pojętego prawa moralnego... Zwłaszcza Nowy Testament jest źródłem uniwersalnych wartości. 

Jest jednak mały szkopuł - ludzka interpretacja. 

Nie chcę tu rozpisywać się na temat historii kościoła katolickiego, jego ewolucji i wpływu na umysły, wolę spojrzeć na tę instytucję z całkiem współczesnego punktu widzenia. 
Po pierwsze, nie bardzo rozumiem, dlaczego kościół pragnie monopolu na dobre uczynki. Wielka Orkiestra jest be, Fundacja TVN jest be - wszystko, poza Caritasem - jest be. 
Po drugie, nie wiem, dlaczego wprowadza się wartościowanie ludzi według frekwencji na mszy, wysokości datku na tacę i godzin spędzonych na sprzątaniu kaplicy (o nie, o orientacji seksualnej i metodach poczęcia nie powiem ani słowa!), zamiast według dobra okazanego bliźniemu. Mogłabym na poczekaniu podać dziesięcioro znanych mi, niewierzących osób, które zrobiły dla świata dużo dobrego, a jednocześnie znam tylko jednego księdza, któremu rzeczywiście los drugiego człowieka jest bliższy niż los wazonu przy ołtarzu. Ciężko mi mówić o osobach głębokiej wiary, bo znam ich bardzo niewiele i utrzymuję z nimi sporadyczny kontakt. 

Mogłabym długo wymieniać rzeczy, których nie rozumiem: wybiórcza interpretacja Biblii, średniowieczne podejście do nauki, kurczowe trzymanie się celibatu - to wszystko sprawia, że mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie przekonać siebie do instytucji kościoła i wiary, którą reprezentuje. I chyba nie widzę takiej potrzeby. 

Chciałabym tylko, żeby już więcej nikt nie brał moich pieniędzy na cele wymyślone przez tę instytucję. Nie chcę już więcej słyszeć księdza, nawołującego mnie ze złotej ambony do życia w ubóstwie. I chciałabym móc pokazać ten piękny, ukochany mój kraj zagranicznym przyjaciołom, nie płonąc ze wstydu, że pod czternastometrowym pomnikiem papieża, ozdobionym złotym wisiorem, śpi głodny i bezdomny człowiek. 

poniedziałek, 16 września 2013

Krótką serią

Połowa września za nami. Zostały mi dwa tygodnie wakacji, nim wrócę na uczelnię. W związku z tym powoli zbliża się czas, kiedy znów trzeba będzie być na bieżąco z wydarzeniami na świecie. Postanowiłam już dziś zrobić przegląd mediów. 
 
Wiem już, że Waśniewską posadzili na ćwierć wieku za pchnięcie dzieckiem o próg. Bardzo mi się podoba ten wyrok i chciałabym, żeby w sprawach o dzieciobójstwo już zawsze zapadały właśnie takie. Mam wrażenie, że od pewnego czasu nieudanych rodziców w Polsce jakby więcej. A może po prostu wzrosła wykrywalność - nie wiem. Grunt, żeby ludzi trzymających swoje pociechy w zamrażarkach karać należycie. 
 
Wiem też, że dziś od rana wyciągają ten przerdzewiały dowód na ułańską fantazję jednego Włocha. Nie do końca rozumiem sensację, jaka narodziła się wokół tematu. Przypuszczam, że po prostu nic ciekawszego nie działo się na świecie i dopóki w USA nie pojawił się kolejny wariat z liczbą naboi w magazynku przewyższającą jego iloraz inteligencji, po prostu nie mieli o czym pisać. 
 
Tymczasem w kraju zakończyły się strajki i demonstracje, które miały być chyba bardziej wiecem przedwyborczym szefa związków zawodowych niż jakąkolwiek formą domagania się spełnienia żądań. Gdzieś wyczytałam, że te demonstracje miały poparcie prawie 60% społeczeństwa. Przyjmuję, że pozostałe 40% jest bardziej zorientowanych w gospodarce oraz miało na studiach podstawy logiki. Pozostaje też pytanie, jak wspomniane poparcie rozłożyło się w Warszawie, która przez tych kilka dni była lekko sparaliżowana (w jakim dokładnie stopniu - tego nie wiem, omijałam stolicę szerokim łukiem, informacje o utrudnieniach docierały od znajomych).
 
Nowy papież nie powiedział ostatnio nic ciekawego, za to w Białymstoku spalił się kościół. Nic to jednak, bo na Pomorzu zbudowali inny i to w 24 godziny. Gdzie była ta ekipa, jak nawalaliśmy z oddaniem Narodowego przed Euro?
 
Za granicą przyznano nagrody Emmy, co jest dla nas powodem do dumy - najwięcej nagród zgarnął film o - uwaga - polskim geju (określenie przytaczam za jednym z wiodących portali informacyjnych w kraju). Ten "polski gej" to oczywiście urodzony w Wisconsin Liberace, syn Włocha i Polki o jakże rodowicie brzmiącym nazwisku Frances Zuchofski. Z niecierpliwością czekam, kiedy odkryją, że ziemia w doniczce z palemką Leona Zawodowca pochodziła z Borów Tucholskich. 
 
Jest też oczywiście - kalkując niezgrabnie angielskie powiedzenie - słoń w tym pokoju. Syria. Najpierw wysłuchałam przemówienia Obamy i odniosłam wrażenie, że jego doradca miał gorszy dzień i zamiast napisać tekst orędzia, wziął przemówienie Busha z 2003, wykreślił Irak i wstawił w to miejsce Syrię. Potem zaczęłam się zastanawiać, skąd do ciężkiej cholery wytrzaśniemy kasę na nową wojnę, ale na szczęście z pomocą przyszedł minister Sikorski i udało się zapobiec światowemu konfliktowi. Hura. 
 
Całej tej syryjskiej historii poświęcono jednak stosunkowo mało miejsca, bo w międzyczasie niezbyt letnia gwiazdka Disneya publicznie ocierała się dupą o przyrodzenie jakiegoś piosenkarza, którego nigdy nie widziałam na oczy. 
 
Przegląd mediów zakończyłam lekturą artykułu traktującego o zakazie internetowej pornografii, planowanym przez brytyjskiego premiera. Good fuckin' luck on that, Mr Cameron. 
 
No, chyba na jakiś czas wystarczy mi informacji. Co za dużo, to niezdrowo, a ja ostatnio staram się żyć jak najzdrowiej (poza papierosami i kawą oczywiście. Plus sporadycznie spożywanym alkoholem w ilościach zależnych od nastroju). 
Zabrakło mi tylko jednej wiadomości w tym wszystkim. 
Czy ktoś wie, co się dzieje ze Snowdenem?

poniedziałek, 9 września 2013

Bój się bloga...

Domagam się wyrazów wdzięczności od producenta mojego telewizora - gdybym jakiś czas temu nie zawiesiła codziennej gimnastyki na kołku, prawdopodobnie miałabym dość siły, aby wywalić telepudło przez okno. A korci mnie, z każdym pstryknięciem pilota coraz bardziej. 
 
Oglądanie telewizji nigdy nie należało do moich ulubionych zajęć, ale odnoszę wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat poziom nadawanych programów nie tyle spada, co wręcz nurkuje. Kiedy bowiem człowiek jest przekonany, że widział już wszystko, nagle z telewizora dobiegają nuty piosenki o mięsnym jeżu. 
 
W czasie urlopu miałam okazję spędzić nieco czasu przed ekranem, czego skutkiem były pasemka siwizny na głowie, delikatny wytrzeszcz oczu i ślinienie. Dane mi było bowiem obejrzeć kilka odcinków programów paradokumentalnych, które zalewają nas ostatnio jak tsunami Japonię. 

Oto matka, która po rozwodzie skupia całą swoją uwagę na nastoletnim synu i robi mu awanturę, kiedy chłopak przynosi ze szkoły czwórkę z plusem. Dopiero kiedy chłopak wpada w narkotyki, kobieta widzi, że popełniła błąd. 

Oto chłopak, który myśli, że jest wampirem, zaprasza swoją dziewczynę na światowy zjazd wampirów. Dziewczyna łamie mu serce, bo zamiast jechać z ukochanym, wybiera się na koncert Justina Biebera. 

Oto mężczyzna, który przez lata ukrywał przed rodziną swoją transseksualność. W dniu swoich pięćdziesiątych urodzin decyduje się ujawnić przed żoną i dziećmi i robi to w najlepszy znany sobie sposób - w programie Ewy D. 

Każdy odcinek to nowy dramat, rozgrywający się według klasycznej szkoły scenopisarstwa - mamy tu zawiązanie akcji, kryzys, katalizator, walkę, utratę nadziei, punkt krytyczny, olśnienie i katharsis. Czego chcieć więcej? A że kryzysem jest zła ocena, nastoletni bunt czy jedno piwo za dużo - tym lepiej, nie ma sensu przeciążać widowni zbyt wydumaną fabułą, wszak sztuka jest imitacją życia, a życie jest jednowymiarowe, prawda? 
 
Być może byłabym w stanie zdzierżyć tę papkę, gdyby została ładnie podana, ubrana w dobrych aktorów i sensowne dialogi. Zamiast tego widzę na ekranie amatorskie zawody w konkurencji "kto najgłośniej rozedrze japę", a dialogi (nie wiem, czy są improwizowane, czy nie) zręcznie wymykają się słownikom. Dziś na przykład usłyszałam taką perełkę: 
Kiedy umarł mój syn, synowa zaczęła się zachowywać, jakby szlag w nią trafił
Czyż to nie piękne? 
Zdarzają się też głębokie refleksje o podłożu filozoficznym: 
Dzięki życiowym po­rażkom, zda­jemy so­bie sprawę, jak wiel­kie ma­my szczęście, bo pot­ra­fimy żyć. 

Nie wiem, dlaczego to do nas przyszło, wolę nie sprawdzać wskaźników oglądalności tego medialnego guana, nie chce mi się nawet stawać w obronie poprawnej polszczyzny, która jest moim osobistym sacrum. Nie będę zawracała kijem Wisły, oburzała się na medialną debilizację społeczeństwa. Zrobię to, co zalecam każdemu - wyłączę telewizor i pójdę na spacer. Będę też wykluczała ze swojego towarzystwa ludzi, którzy interesują się takimi klejnotami cudu XX wieku. Dzięki temu liczba ludzi w moim otoczeniu zostanie zredukowana, co z kolei sprawi, że spadnie liczba obowiązków towarzyskich. W ten sposób pojawi się odrobina wolnego czasu i będę mogła pójść na siłownię i odzyskać kondycję, która pozwoli mi w końcu wypieprzyć telewizor przez okno.

środa, 4 września 2013

Sprawozdawczo

Wróciłam właśnie z dwumiesięcznego urlopu od pisania. Od mojego ostatniego wpisu spod moich palców wyszły dwa teksty do "Przeglądu"... i to by było na tyle. Kilka razy siadałam do napisania czegoś na blog, zacinałam się po kilku zdaniach, a następnie moją uwagę odwracał kot, coś łażącego po ścianie albo paproch za paznokciem. Zwalę to na zmęczenie materiału, bo na lenistwo jestem za dumna, a na blokadę literacką za cienka w uszach. Ale nie próżnowałam przez ten czas, o nie! Kiedy już zaleczyłam kontuzję szyi, musiałam pędem wracać do pracy i pozałatwiać wszelkie zaległości, bo na sierpień zaplanowałam urlop i chciałam wyjechać z czystym sumieniem. Po trzech tygodniach zasuwania odtrąbiłam sukces i zwiałam do Aten. Tych pod Augustowem.

Tydzień na odludziu, gdzie telefon służył co najwyżej do słuchania muzyki, bo w żadnym z lokalnych sklepów nie sprzedawali zasięgu - coś pięknego. Nie wiedziałam, co się dzieje na świecie i - prawdę mówiąc - nie obchodziło mnie to. Mogła wybuchnąć wojna, ptasia grypa mogła przemutować w kaczy katar i pod tą postacią zdziesiątkować ludność obu Ameryk - informacją dnia był dystans, jaki przejechaliśmy na rowerach. Inną ważną dla mnie wiadomością była decyzja, czy będę tego wieczoru piła wino, whisky, czy zostanę przy herbacie. 
 
W takim stanie świadomości wróciłam w rodzinne strony i tak też spędziłam kolejne dwa tygodnie błogiego lenistwa. No dobrze, nie takie znów błogie to było - jak to zawsze na urlopie bywa, zawsze jest jakaś trawa do skoszenia, jakieś drzewko do wycięcia... Zawsze coś się znalazło. Ale w dalszym ciągu starałam się utrzymywać ten słodki stan niewiedzy i mimo wszystko mogę z czystym sumieniem uznać, że przez cały ten czas robiłam co chciałam, kiedy chciałam, a przede wszystkim - z kim chciałam. A najczęściej nie chciałam z nikim. Urlop spędzony bez ludzi okazał się tym, co tygryski lubią... no, może nie najbardziej, ale w dalszym ciągu bardzo lubią. Przez ten czas utrzymywałam kontakt z bardzo wąskim gronem znajomych i teraz głęboko wierzę, że taka terapia od czasu do czasu każdemu zrobi dobrze. Czy wiecie, jak cudownym uczuciem jest wyeliminowanie ze swojego życia wszystkich tych idiotów, na których nie możecie patrzeć? Spełnienie intelektualne, spowodowane przebywaniem z ludźmi, którzy mają do powiedzenia coś sensownego i - uwaga - interesującego, a jeśli nie mają akurat nic do powiedzenia, zaczynają równie sensownie milczeć? Polecam każdemu ze szczerego serca! Myślę, że gdybyśmy nie zmuszali się wzajemnie do niechcianego towarzystwa, na świecie byłoby mniej wojen, stres nie byłby chorobą cywilizacyjną XXI wieku, a każdy z nas tryskałby energią, którą normalnie marnuje na powstrzymywanie odruchu przypieprzenia temu bęcwałowi z naprzeciwka.
 
Utrzymywałam ten błogostan aż do ostatniego poniedziałku, kiedy to... ale o tym przeczytacie w (reklama) najnowszym numerze "Przeglądu Piaseczyńskiego" (nie, nie płacą mi za to, ale płacą mi za felietony, więc czuję się poniekąd w obowiązku). 
 
Jest jeszcze jedna rzecz, którą robiłam przez ostatnie dwa tygodnie - uczyłam się. 
 
Odkryłam w sobie pociąg do rozmaitych kryminałów i - co za tym oczywiście idzie - do medycyny. A konkretniej, do medycyny sądowej. Patologia i antropologia wciągnęły mnie po uszy. Przeczytałam parę książek, ale literatura ma to do siebie, że nie odpowie na pytania dodatkowe, rodzące się podczas lektury. O ile książka nie wyczerpuje tematu, zostawia człowieka z poczuciem niedosytu. W tej sytuacji mogłam jedynie zgłosić się do najlepszej znanej mi lekarki (czytaj: jedynej, z którą znam się na tyle dobrze, żeby bez skrępowania zadać rodzące się w mojej głowie pytania). Mogłabym oczywiście nie zawracać jej głowy i poszukać odpowiedzi w Internecie, ale w czasie, kiedy po świecie hula afera z NSA, człowiek zgłębiający medycynę w poszukiwaniu wiedzy potrzebnej do kryminału powinien rozważnie zadawać pytania cioci Wikipedii. Poza tym bardziej ufam jednak trzydziestoośmiolatce z dyplomem i tytułem naukowym niż redagowanemu przez bliżej nieznane źródła portalowi. Pojawił się jednak drobny problem komunikacyjny. Językiem ojczystym wspomnianej pani doktor jest angielski. Ja zaś do niedawna byłam pewna, że ten język znam. Otóż nie - nie znam. Sześćdziesiąt procent czasu naszych rozmów zajmowało wertowanie słowników. Nierzadko pani doktor musiała literować wypowiedziane przez siebie słowa, żebym mogła je odszukać. Próbowałyśmy oczywiście tłumaczenia opisowego, ale niestety takie rozwiązania nie zdają egzaminu, kiedy rozumie się tylko spójniki i zaimki: 
"Thymus? To organ położony wewnątrz mediastinum, tuż za sternum. Jest częścią układu odpornościowego". Aha, hm... no tak. Siedem sezonów "Dr House'a" nie przygotowało mnie na to, słownik był niezbędny. Uczyłam się więc dwójnasób - z jednej strony poznawałam rozmaite funkcje i dysfunkcje ludzkiego organizmu, z drugiej zaś opanowywałam angielskie nazewnictwo z zakresu anatomii. Wiem już, gdzie w ludzkim ciele znajdują się patella i urethra, a cerebral cortex uważam za piękną nazwę (pisałam już chyba kiedyś o moim Słowniczku Słów Fikuśnych a Fajniutkich, prawda? Jeśli nie, niech jego nazwa Wam podpowie, o co chodzi). Do tego wiem już, czym się różni histerektomia częściowa od całkowitej i wiem, jak dużą rolę w odczuwaniu popędu płciowego przez kobietę odgrywają jej jajniki. Dowiedziałam się już bardzo wiele na temat zmian, jakie zachodzą w organizmie w przypadku nieleczonego schorzenia rozmaitych organów i obecnie mam ochotę wyciąć sobie śledzionę - ot tak, na wszelki wypadek. Medycyna, przynajmniej z teoretycznego punktu widzenia, jest fascynującą dziedziną i podejrzewam, że byłabym świetnym lekarzem, o ile nie kazaliby mi praktykować na żywych organizmach. Nie jestem pewna, jak zareagowałabym na martwe, więc niewykluczone, że byłabym też świetnym patologiem-teoretykiem. 

Ufff... Wróciłam zatem, wypoczęta, zdrowa, pełna sił i humoru, ze świeżo zdobytą wiedzą i apetytem na pisanie. 
Dzień dobry. 

PS. Mały słowniczek: 
Thymus - grasica
Mediastinum - śródpiersie
Sternum - mostek
Patella - rzepka kolanowa
Urethra - cewka moczowa
Cerebral cortex - kora mózgowa