poniedziałek, 8 lipca 2013

Cichosza

Kiedy w ubiegłym tygodniu dostałam zwolnienie lekarskie, trochę się zmartwiłam - w sierpniu planuję długi urlop i boję się, że przez dwa tygodnie nieobecności w pracy mogę później nie wyrobić się z robotą i mogę mieć problem z wakacjami. Takie już piękno pracy w obecnej postaci - urlop nie oznacza wolnego od obowiązków, a bardziej przymus wykonania ich wcześniej. A i tak trzeba się liczyć z telefonami od szefa. Uznałam jednak, że nic na to nie poradzę, nie jestem w stanie siedzieć w biurze ze sztywną szyją, spojrzałam więc na jasną stronę - mogę się wyspać, poczytać, złapać trochę ciszy... Nigdy się bardziej nie pomyliłam. Spać nie mogę, bo nie jestem w stanie znaleźć wygodnej pozycji, w której nic nie będzie mnie bolało. Z tego samego powodu dłuższe czytanie nie wchodzi w grę. Co do ciszy zaś, od czwartku do dzisiejszego południa gościła u nas dwójka dzieci, z czego starsze jest ewidentnie nadpobudliwe, a młodsze próbuje naśladować to starsze. Krzyki, śpiewy i pohukiwania towarzyszyły mi przez pięć dni, dorzucając dodatkowych cierpień. Jedyną opcją odcięcia się od hałasu, było założenie słuchawek i puszczenie muzyki. 
 
Czyli, de facto, zagłuszenie dzieciaków innym hałasem. 
 
Człowiek jest potwornie hałaśliwym gatunkiem. Niemal każda ludzka czynność jest napiętnowana dźwiękiem, czy jest to praca, czy rozrywka. Nawet emocje, takie jak gniew, radość czy żal, sygnalizujemy dźwiękiem. Zupełnie, jakbyśmy próbowali opanować otaczający nas świat, zagłuszając go. Hałas stał się tak wszechobecny, że przestajemy już zauważać jego źródła - ruch uliczny, samoloty, kosiarki, płaczące dzieci (cudze oczywiście), telewizor, radio, mikrofalówka... Uodporniliśmy się na hałas. Jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do generowania różnych hałasów, że kiedy ktoś milknie, zaczynamy się niepokoić o jego samopoczucie. 
 
Jonasz Kofta śpiewał kiedyś, że gdy się milczy, to apetyt rośnie wilczy na poezję, co być może drzemie w nas. Nie wiem, czy akurat na poezję, ale na pewno cisza sprzyja myśleniu - powie to każdy, kto próbował uczyć się przy włączonym telewizorze i w chwili, kiedy sąsiadka tłucze schab na kotlety. Kiedy zaczynamy się z kimś kłócić i pojawia się argument krzyku, przestaje liczyć się racjonalność. Podobnie ma się rzecz na imprezach - ten, kto mówi najgłośniej zwykle jest tym, który akurat mówić już nie powinien. 
Cisza pozwala wejrzeć nam w siebie, wyłączyć się na chwilę z tego przedziwnego pędu, w którym uczestniczymy. W ciszy możemy sobie tak po prostu być. 
 
Czy to znaczy, że mamy w te pędy wyłączać wszystko, co produkuje decybele? Jasne, że nie. Są takie piosenki, których NIE DA SIĘ słuchać cicho. Klakson na drodze może uratować życie, choć mało kto już o tym pamięta. Płaczące głośno dziecko informuje nas w ten sposób, że dzieje się coś niedobrego. Chodzi mi raczej o to, żeby dać ciszy czas. Raz dziennie zamknijcie okno, wyłączcie radio, komputer, telewizor, czy co tam akurat gra i posłuchajcie, jak jest cicho. 
 
Gwarantuję, że sprawi Wam to przyjemność.
 
Bo gdy się milczy, milczy, milczy to apetyt rośnie wilczy na myślenie, co być może drzemie w nas.

środa, 3 lipca 2013

Chrup!

No, to się człowiek nacieszył wakacjami. 
 
Jak pisałam w poniedziałek, w niedzielę zaliczyłam ostatnie egzaminy. Jeszcze czekamy na ich wyniki, ale można było już odtrąbić wakacje. W głowie roiły mi się wizje wolnych weekendów, już zaplanowałam jakiegoś grilla dla znajomych, jakiś wypad na rowery... Plany kwitły w mojej głowie niecałe 48 godzin.
 
Wczoraj rano pojechałam do pracy, zrobiłam sobie kawę, pokręciłam się... Ot, normalny dzień roboczy.Ciągle jeszcze nie miałam kiedy odespać po nauce, więc zmęczona ziewnęłam, przeciągnęłam się... i zastygłam w takiej pozycji. Moja szyja odmówiła posłuszeństwa, jakikolwiek ruch głową wywoływał ból przywołujący na język wszystkie kurwy świata. 
 
Nie ma rady - trzeba do lekarza. 
 
Siostra dowiozła mnie do Piaseczna, dotelepałam się do przychodni, w której jestem zarejestrowana. Przychodnia prywatna, więc liczyłam na to, że ktokolwiek tam mi pomoże. Zawsze byłam słaba z matmy, ale jeszcze nigdy nie przeliczyłam się aż tak bardzo. Jedynym lekarzem w całej przychodni był kardiolog, do którego zapisy skończyły się dwa miesiące wcześniej. Oprócz tego była jeszcze jedna pielęgniarka i trzy sympatyczne panie w rejestracji. Ze łzami bólu w oczach prosiłam o jakąkolwiek pomoc - dostałam radę, żeby ktoś zawiózł mnie do Konstancina. Na szczęście moi przyjaciele nie pracują w polskiej służbie zdrowia, więc bardzo szybko udało się znaleźć życzliwą duszę, która przewiozła mnie do STOCERa (nie wiem, kto mnie czyta, więc dla ochrony świadków i uczestników podróży przemilczę, jak udało nam się pokonać gąszcz remontowanych dróg jednokierunkowych). 
 
Po odbiciu się od klamki w prywatnej lecznicy w Piasecznie, w państwowym szpitalu ortopedycznym, z którym nie mam najlepszych wspomnień, byłam przygotowana na najgorsze. 
 
A tu - niespodzianka! Nie wiem, czy w ciągu ostatnich dwóch lat administracja szpitala przeszła jakieś diametralne zmiany, czy po prostu miałam szczęście, ale w ciągu godziny od rejestracji byłam już w domu, po prześwietleniu, badaniu i wykupieniu w aptece leków i kołnierza. 
 
Może nie powiem jeszcze, że kocham polską służbę zdrowia, ale na pewno powiem: dziękuję za dobrze wykonaną pracę. 
 
Co teraz? Teraz dwa tygodnie z usztywnioną szyją, co już drugiego dnia mnie wkurza - kołnierz jest diablo niewygodny. Ale nie ma tego złego - mogę odpocząć po sesji. 
A propos - w czasie, kiedy pisałam te słowa, dostałam informację o dwóch z trzech brakujących ocen w moim indeksie. Ból się opłacił, nie mam w indeksie nic poniżej 5.
Wyniki bardzo mnie cieszą, ale jeśli ceną udanej sesji są później dwa tygodnie usztywnienia, to ja jednak w przyszłym roku poproszę o parę czwórek.


PS. Jeśli w tekście jest jakaś niezborność - zwalam to na leki. Pan doktor powiedział, że proszki mogą mnie nieco ogłupiać.


poniedziałek, 1 lipca 2013

Strona ostrzega, że pole tytułu jest wymagane, a ja nie mam dziś nawet pół pomysłu na tytuł.

Kochany pamiętniku, 
Ostatni tydzień upłynął mi pod znakiem wkuwania elementów retoryki, powtórek z literatury, czytania lektur. Dziobanie opłaciło się - sesja połknięta z wynikiem bardzo dobrym. Co prawda czekam jeszcze na wyniki dwóch egzaminów, a dzisiaj jeszcze napisałam pracę na zaliczenie jednego przedmiotu (konwersatorium wiedzy o filmie. Miałam napisać esej o jednym z filmów, które oglądaliśmy w semestrze, a napisałam esej o tym, że nie da się pisać o filmie), ale jestem dobrej myśli. 
 
Niniejszym odtrąbiłam wakacje! Wreszcie będzie czas na książkę inną niż zadana lektura, na kino, na przejażdżkę rowerową! Hurra! No, to od czego zacząć?
 
Książki? Są, czekają, ale chętnie zrobię sobie jednak parę dni odpoczynku od czytania. 
Film? Chciałam dzisiaj iść do kina, ale okazało się, że nikt mi nie chce towarzyszyć. Poza tym grają teraz tylko dwa filmy, które chcę obejrzeć, i oba w jakichś barbarzyńskich porach. Odpada. 
Rower? No, dzisiaj akurat trochę chłodno. 
 
Plan na dziś - leżeć pępkiem do góry. Jest mi dzisiaj tak szalenie wszystko jedno, że może nawet zaraz się zdrzemnę. Ale jednocześnie ciągnie mnie do ludzi - przez to wszystko strasznie się ostatnio zdesocjalizowałam (tak, nowe słowo). Poza wyrąbaniem z przyjaciółką zdecydowanie zbyt dużych ilości wina w ostatnią sobotę, tak dawno nie byłam już wśród ludzi, że chyba już nie pamiętam, jak się zachować w towarzystwie. Kochani, pomóżcie, zabierzcie mnie gdzieś z domu, niech ja poprzebywam wśród cywilizacji! 
 
Ech... chyba znowu muszę się poddać. Wiem, że zbyt często stosuję wpisy zastępcze, obiecuję, że to ostatni raz. Za tydzień napiszę coś mądrzejszego.  
Idę szukać towarzysza do kina.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

W życiu jak w autobusie - nie trzeba wiedzieć, jak działa silnik, wystarczy łapać się rury na zakrętach

Na początek informacja dla wszystkich, którzy nie mają okien i Facebooka - przyszło lato! Pierwsze upały już spaliły mi ramiona i dekolt - ten ostatni zrobił się łaciaty. Nie wiem, jak go teraz doopalać, żeby nie było wstyd pojawić się na mieście z odkrytą piersią.
 
W dalszej kolejności aktualności z życia prywatnego - sesja w toku. Póki co idzie mi dobrze - 5 x 5,0. Przede mną kolejne pięć zaliczeń. Trzymajcie kciuki, żebym się teraz nie wyłożyła - jeśli uda mi się utrzymać poziom, jest szansa na stypendium, a wtedy może wreszcie będzie mnie stać na waciki.
 
Hm... Napisałam "stać mnie na waciki" i zastanowiłam się, czy to określenie będzie zrozumiałe. Rzecz jasna, nawiązuję do cytatu z "Kilera", który jest ponoć filmem kultowym. Ponoć, bo określenie "kultowy" jest od pewnego czasu tak popularne, że pewnie nawet w swojej lodówce znalazłabym coś kultowego.
"KULTOWY FILM TWÓRCY »GWIEZDNYCH WOJEN«!"
"NAJNOWSZA PŁYTA KULTOWEGO ZESPOŁU!"
 
Itp., itd...

Słuchając tych chwytów marketingowych odnoszę wrażenie, że coś mnie omija. Jak to - kultowego zespołu? Jest taki zespół KULT, który znam i do niedawna lubiłam, ale jeśli chodzi o inne kultowe zespoły, zatrzymałam się na Nirvanie. Kultowy film? Jaki to jest "kultowy film"?
Zerknęłam do słownika, oto, co znalazłam:


1. «związany z kultem religijnym»
2. «symbolizujący doświadczenia, wartości i postawy jakiejś społeczności lub jakiegoś pokolenia»
3. «popularny w jakiejś grupie społecznej»
 
Ok, sprawa się wyjaśniła. Moja polszczyzna okazała się nieaktualna, nie wiedziałam, że jest opcja nr 3 jest już poprawnym użyciem.
 
No dobrze, ale jakie są kryteria tej kultowości? Ile osób powinno słuchać jakiegoś zespołu, aby można było określić go tak określić? Sto tysięcy? Milion? Rebecca Black miała swego czasu kilkaset milionów wyświetleń na YouTube - czy jest kultowa? A zespół Weekend?
 
Swoją drogą, bardzo ciekawy jest ten zabieg zachęcania ludzi do kupienia rozmaitych produktów argumentem, jak wiele osób już z niego korzysta.
"Miliony Polaków korzystają z naszych usług!"
Przypomina mi się od razu stare hasło "Jedzmy gówno! Miliony much nie mogą się mylić!"
 
Oczywiście, doświadczenie zawodowe podpowiada mi, że chodzi tu o uruchomienie pewnych mechanizmów w psychice potencjalnego klienta. Wiem, że argument ad populum służy pobudzeniu potrzeby poczucia przynależności. Z drugiej strony, podobno pokolenie Y to indywidualiści i szczury, które muszą w tym wyścigu być wyżej! dalej! więcej! od reszty. Ostatnio mam duże dylematy związane właśnie z przynależnością do tego pokolenia i jego potrzeb, więc może te argumenty do mnie nie trafiają, bo nie mieszczę się w targecie? Jakoś nie przekonuje mnie milion Polaków używających jakiegoś proszku do prania, bardziej przekonuje mnie brak plam na ubraniu wypranym w tym, który aktualnie stoi obok pralki. Fakt, że trampki Converse są najpopularniejsze na świecie, nie przekona mnie do ściągnięcia z nóg moich ulubionych tenisówek marki nieznanej. Czy to znaczy, że nie przynależę do pokolenia Y? Jakoś mi to nie przeszkadza, czy to z kolei znaczy, że nie odczuwam potrzeby przynależności? Czy brak takiej potrzeby czyni ze mnie socjopatkę? Psychopatkę? Mój Boże, co ze mnie za człowiek?!
 
Jakby w odpowiedzi na moje rozterki, Pink zaśpiewała mi właśnie do ucha "I'm so glad that I'll never fit in, that will never be me".
Jestem z Tobą, Pink. Poodstawajmy razem.
 
PS. Tak się kończy nieogarnianie rzeczywistości - zaczęłam pisać, mając w głowie konkretny temat, który gdzieś mi uciekł. Nie pamiętam, o czym miałam się dziś produkować. Jak sobie przypomnę, dopiszę jeszcze jedno PS.
 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Raz, dwa, trzy, próba życzliwości

Jasna cholera, no nie umiem! Za diabła nie dam rady, nawet nie bardzo mi się chce!
Sorry, Piklu, taka jest prawda. Wsadź sobie tę całą życzliwość w cztery litery.
 
Jakiś czas temu wspominałam o koleżance, która próbuje mnie zrewolucjonizować. Za jej namową odstawiłam mięso i pilne śledzenie wszystkich bieżących informacji. Miało mi to pomóc odzyskać szeroko pojęte dobre samopoczucie. Faktycznie, fizycznie czuję się dobrze. Dieta niskoinformacyjna przyczyniła się co prawda do osłabienia bloga - nie bardzo mam o czym pisać - ale w ogólnym rozrachunku lepiej mi się śpi. Kolejnym Piklowym Planem Modernizacji Karli było nastawienie mnie życzliwie do świata. Usiłowała wmówić mi, że poczynione dobro wraca do człowieka.
 
Gówno prawda.
 
Ludzie są bezmyślni, bezrefleksyjni, a wszystko, co dobrego spotka ich ze strony otoczenia, traktują jako naturalny stan rzeczy. W skrajnych przypadkach potrafią człowieka opierdolić, że zrobił dobrze, a mógł lepiej. Niektórym najwyraźniej wiele wysiłku sprawia wyjrzenie poza czubek własnego nosa. Przykład? Prosze uprzejmie, świeżutki, bo wczorajszy.
 
Akcja Wysypisko Książek. Stoimy na Rynku, z wielkim uśmiechem na ustach objaśniamy kolejnym zainteresowanym, że Wysypisko to miejsce, gdzie można przynieść niepotrzebne książki, ale też można je sobie wziąć, że akcja ma na celu wprawienie książki w ruch. Tak, proszę pani, to wszystko za darmo, nie, proszę pana, nie jesteśmy antykwariatem. W większości przypadków reakcje są pozytywne, ale raz na jakiś czas pojawia się malkontent, którego szpila przebija na wylot.
 
"Co wy tu za śmiecie wywalacie? Dalibyście coś ciekawego, a nie takie szmaty!"
"Wywalamy" to, co przyniosą nam ludzie, szanowny panie. Shit in, shit out, jak mówią Amerykanie.
 
"A dlaczego ja nic, kurwa, nie wiedziałem, że tu dzisiaj będziecie? Po cholerę coś takiego robić, jak się nawet o tym, kurwa, ludziom nie mówi? Co ja, kurwa, szklaną kulę mam?"
Ogłaszamy się w Internecie i, kurwa, pocztą pantoflową, bo nie stać nas, kurwa, na oplakatowanie miasta i wykupowanie powierzchni w gazecie. Kurwa.
 
"Za darmo, jaaaasne. Którą księgarnię reklamujecie?"
Nie księgarnię, szanowna pani, tylko salon masażu erotycznego "Gryź i ciągnij". Mamy takie branie, że rozdajemy klientom książki, żeby się nie nudzili w poczekalni.
 
Jasne, rozumiem, w dzisiejszych czasach wszyscy wiemy, że w życiu za darmo można dostać najwyżej łomot. Dlatego godzę się na nieufność, ale nie godzę się na malkontenctwo i inwektywy. Daruję sobie już truizmy typu: "Skoro nie podoba się to, co robię, spróbuj zrobić lepiej, zamiast tylko krytykować". A już zupełnie nie chce mi się nawet wspominać o ostracyzmie, jaki spotyka ludzi pokroju Jurka Owsiaka, bo to już zupełnie inny poziom ludzkiej perfidii.
 
Z drugiej strony, ludziom chyba zaczyna brakować zwykłej życzliwości, może o tym świadczyć wysyp "wzruszających" filmików, jak to człowiek pomaga drugiemu. Wpiszcie w YouTube hasło "faith in humanity restored", przeczytacie komentarze o tym, jak wielki jest człowiek, który powstrzymał swojego pijanego w sztok kolegę, usiłującego wsiąść za kierownicę. Inni gotowi są (w komentarzach, oczywiście) przyznać medal komuś, kto przeprowadził staruszkę przez ulicę.
 
Serio, ludzie? Naprawdę tak bardzo skamienieliśmy, że tak proste gesty wywołują aplauz? A skoro przyklaskujecie ludziom, których na te gesty stać, spróbujcie sobie przypomnieć, kiedy sami zrobiliście coś bezinteresownie dla drugiego człowieka. Nie uwierzycie, ale gdybyśmy tak wszyscy razem się zawzięli i zaczęli patrzeć na drugiego człowieka jak na osobę, a nie na wilka czy barana, dość szybko zlikwidowalibyśmy cały ten nihilim, cynizm i sarkazm (co - trzymając się słów Woody'ego Allena - pozostawiłoby na świecie tylko orgazm. Jestem za).
 
Wracając do Ciebie, Piklu, podejmowane przez Ciebie próby ulepszenia Karli są ze sobą sprzeczne. Z jednej strony próbujesz sprawić, że będę patrzeć na siebie życzliwym okiem, z drugiej strony wymagasz życzliwości wobec innych. Albo rybki, albo akwarium, Mała. Mogę być dobra dla siebie i nie przejmować się chamami i debilami wokół siebie, albo mogę być dobra dla nich, kosztem swojej wątroby.
 
George Carlin powiedział kiedyś, że w duszy każdego cynika żyje bardzo rozczarowany idealista. Jak zawsze trafiłeś w punkt, Wielki G.
 
 
PS. Przed opublikowaniem tego tekstu, pokazałam go Piklowi. Niechętnie przyznała mi trochę racji.
Zgryźliwi vs. Życzliwi - 1:0.
 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Bzzzz....ik

Dopiero wczoraj wieczorem zorientowałam się, że na blogu brakuje zeszłotygodniowego wpisu. Zapomniałam na śmierć, tak pochłonęły mnie praca i nauka. Zresztą pisania ostatnio mam tyle, że jeden tekst mniej czy więcej po prostu przeszedł niezauważony. 
 
Uznałam, że trzeba się trochę podwarsztatować, więc poprosiłam jedną z moich wykładowczyń o wsparcie. Obecnie ćwiczę pisanie do wielu odbiorców, więc piszę trzy-cztery razy to samo, tylko innym językiem, czasem inaczej dobierając fakty. Nudne to jak flaki z olejem, a przy okazji odkryłam, ze nigdy nie powinnam mieć dzieci. 
 
Oczywiście, poza pisaniem, mam jeszcze inne obowiązki. Takie jak nauka. Jest czerwiec, sesja za pasem. Wiem, że wykształcenie nie piwo, nie musi być pełne, ale skoro już po tylu latach przedsięwzięłam (rany, jak ja lubię to słowo) kroki ku wyższej edukacji, trzeba być konsekwentnym. Zwłaszcza, kiedy nauka sprawia taką frajdę. 
 
Wszystko byłoby super, gdyby nie maleńkie "ale" - mój mózg dostał ADHD. Mam poziom koncentracji czterolatka, czytanie mnie nudzi, a kiedy już uda mi się przysiąść i skupić - zaczynają się MELODIE. 
 
Nie wiem, która klepka mi się poluzowała, ale wypływają spod niej dźwięki. Gdyby jeszcze te dźwięki były ładne, nie byłoby problemu. Niestety takie nie są. 
W zeszłym tygodniu, przy nauce filozofii, towarzyszyła mi pioseneczka "Rubber duckie" Erniego z Ulicy Sezamkowej. 
Dzisiaj, kiedy próbowałam zasiąść do wiedzy o kulturze, w mojej głowie rozległo się "... biiiiilet miesięęęęęcznyyyy na okazicieeeelaaaa....". 
 
No w mordę! 
 
Jest na świecie tyle pięknych pieśni, tyle cudnych melodii. Dlaczego w mojej głowie nie słychać Kasi Nosowskiej (o! o niej też muszę, ale to zaraz!), tylko cholerną Ulicę Sezamkową?! Czemu "Bilet miesięczny", a nie cokolwiek mądrzejszego, niech to będzie i "Ave Maria"?! 
 
Błagam, niech ja nie będę osamotniona w tych mękach fonicznych. Niech to nie będzie objaw obłędu. Z drugiej strony... Stephen King pisał kiedyś, że ostatnim dźwiękiem, jaki słyszy szaleniec, zanim chwyci siekierę, jest brzęczenie komara. Ja już chyba wolę gumową kaczuszkę od komarów, bo tych mam nadmiar. Są wszędzie i zawsze. Kiedy ostatnio miałam okazję popracować w ogrodzie, spełniłam jednocześnie trzy dobre uczynki - wykopałam dwa suche drzewka, oddałam krew i dokarmiłam zwierzątka. Szkoda, że z krwi nikt nie skorzysta, a zwierzątka najchętniej bym ubiła.
Drogie komary - co z was za zwierzęta? Nie spełniacie w przyrodzie żadnej istotnej funkcji, nie jesteście w żaden sposób pożyteczne, więc won z mojego ekosystemu! 

Ech, no nie składają mi się dzisiaj słowa. W głowie dalej "Bilet miesięczny". Wszystko jest do bani. Wszystko, poza Kasią Nosowską, którą miałam ostatnio zaszczyt poznać nieco bliżej i która jest dokładnie tak fantastyczną postacią, jak sobie wyobrażałam. Rozsiewa wokół siebie ciepło i spokój wewnętrzny. Człowiek w jej obecności czuje się przytulony. Chciałabym mieć wokół siebie więcej takich ludzi. Ja też taka będę, jak dorosnę. 
O!


PS. Na do widzenia jeszcze mała anegdotka. Udało mi się ostatnio pięknie przejęzyczyć. Powiedziałam: "Wiesz, to taka tajemnica poliszynszyla". Ładne?

poniedziałek, 27 maja 2013

Lubię ten stan: papierosy, sieć i ja

Jestem nałogowcem. 
Kiedyś myślałam, że to określenie dotyczy przede wszystkim palaczy, alkoholików i narkomanów. Później odkryłam kofeinę i zrozumiałam, że kawa też jest nałogiem. W międzyczasie okazało się też, że jeśli przez dłuższy czas nie obejrzę jakiegoś dobrego filmu, pojawia się u mnie syndrom odstawienia. Zrozumiałam, że można uzależnić się od wszystkiego. 
 
W zeszłym tygodniu miałam okazję przekonać się, że fajki, kawa i kino to nie wszystkie moje używki. Okazuje się, że jestem też uzależniona od Internetu, a przekonałam się o tym w bolesny sposób. 
 
Zabrakło nam Internetu. Gdzieś sparciał jakiś kabelek, gdzieś zdechł jakiś bezpiecznik - nie wiem. Grunt, że awaria trwała ponad tydzień. Pierwszego dnia nie wzruszyło mnie to - nie pierwszy to i nie ostatni raz, jak śpiewał Śmiałkowski. 
 
Drugiego dnia już byłam lekko poirytowana. Wróciłam z pracy, chciałam obejrzeć sobie coś ciekawego - guzik. Całe szczęście mam jeszcze parę nieprzeczytanych książek, więc znalazło się zajęcie na wieczór. 
 
Później nastąpił weekend, na szczęście słoneczny i gorący, więc pognałam w plener, nie przejmując się przerwami w dostawie sieci. 
 
W poniedziałek byłam już solidnie wkurzona - nie mogłam wrzucić nic na blog, nie byłam w stanie też dostać się do tekstów, które musiałam przeczytać do szkoły (nauczka na przyszłość - nie trzymać materiałów wyłącznie w skrzynce mailowej). 
 
We wtorek dopadł mnie głód godny ćpuna. Chodziłam rozdrażniona, doszukiwałam się wszystkich możliwych powodów do narzekania na brak Internetu. A to nie mogę puścić przelewu, a to nie mogę ogłosić na Facebooku weekendowej akcji Wysypiska, a to nie mogę ściągnąć e-booka niezbędnego do szkoły... Wszystkie kundle tego świata zostały powieszone na dostawcy www. Jednocześnie potrzebowałam zajęcia, jakiegoś substytutu, który zabije mój czas.
 
Każdemu w życiu jest potrzebna odrobina rutyny, która daje swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. W mojej codziennej rutynie zawiera się bezmyślny relaks po pracy, polegający na szwendaniu się po sieci, oglądaniu kocich filmików na YouTube, gawędzeniu ze znajomymi na FB. Po prostu potrzebuję takiej pozbawionej wysiłku intelektualnego chwili, zanim siądę do nauki czy pisania. I oto nagle ktoś pozbawił mnie tej bezmyślności, tego restartu. Jak ten kot w pustym mieszkaniu, o którym pisała noblistka, nie mogłam znaleźć sobie miejsca.
 
Co począć? Czytać? Marne oderwanie, skoro za chwilę mam usiąść do nauki. Iść na spacer? Za oknem leje. Oglądać telewizję? Aż tak bezrefleksyjnej rozrywki nie chcę i nie potrzebuję. 
 
Z braku rozsądnych alternatyw kończyło się na układaniu pasjansów i graniu z komputerem w pokera (miałam do wyboru jeszcze szachy, ale to już wymagało wykorzystania kilku zwojów mózgowych). 
 
Kiedy wreszcie Internet znów popłynął w kablach, zachłysnęłam się ilością rozrywek. Facebook! Blogi! Filmy! Filmiki z kotami! Bzdurne obrazki! Nareszcie mój dzień odzyskał dawny rytm. Nareszcie wrócił ten bufor pomiędzy pracą i pracą. Ale tydzień bez Internetu pozostawił mnie z refleksją: nigdy już nie będę krytykować ludzi przesiadujących po pracy przed telewizorem. Jedni wolą Internet, inni wolą telewizję, ale rzecz sprowadza się do jednego - nałogu opartego na potrzebie ustalenia rytmu dnia. A elementem tego rytmu najwyraźniej musi być rzucenie bezmyślności odrobiny czasu na pożarcie.