wtorek, 23 lipca 2019

Świec tysiące palili mu, znad głów unosił się dym...

Czy wiecie, dlaczego niektóre odłamy i sekty religijne wymagają od swoich członków chodzenia od domu do domu i głoszenia dogmatów swojego wyznania? 
Czytałam ostatnio ciekawy materiał na ten temat. 
Chyba większość z nas, jeśli nie wszyscy, miała styczność ze Świadkami Jehowy. Słyszałam już wiele opowieści o tym, jak są traktowani - ktoś ich wyśmiał, ktoś im zatrzasnął drzwi przed nosem, ktoś ich zwyzywał. 
I o to właśnie chodzi. Celem nie jest pozyskanie nowych członków, ale wywołanie w tych już należących do religijnego "plemienia" poczucia, że świat ich nienawidzi. Po co? Po to, by wzmocnić ich więzi z "plemieniem". Po dniu bycia opluwanym taki wyznawca wraca na łono swojej kongregacji, gdzie traktuje się go jak bohatera, który stawił czoła złemu światu. Wraca do grupy, która go wspiera. W której jest bezpieczny. 
To socjotechnika stara jak świat - i zabójczo skuteczna. Bazuje na etnocentrycznym rozumieniu świata: "my" jesteśmy dobrzy, "oni" są źli. Im bardziej człowiek utwierdza się w przekonaniu, że jego "plemię" otaczają wrogowie, tym mniej jest skłonny kwestionować reguły rządzące jego kongregacją. 
Krótko mówiąc - nie chodzi o szukanie nowych wyznawców, tylko o mentalny odpowiednik przykuwania do kaloryfera tych już pozyskanych. 

Przykłady różnych sposobów wykorzystania tej socjotechniki można dostrzec w praktycznie każdej religii. Katolicy wysyłają misjonarzy, którzy w najdalszych zakątkach świata głoszą słowo boże i roznoszą ospę. Muzułmanie wysyłają dzieci do zachodnich szkół, gdzie (coraz rzadziej, ale wciąż) są inne w każdym możliwym aspekcie, od wyznania, przez kulturę, po kolor skóry. Spotkałam się też z tezą, że liczne ataki terrorystyczne wcale nie mają na celu likwidowania niewiernych, ale właśnie podsycanie niechęci do islamu. Świadkowie Jehowy czy scjentolodzy krążą po domach albo wystają na ulicach ze stojakami pełnymi ulotek. 

Jak doskonale widać w Polsce, tę socjotechnikę podłapują także politycy. Szczególnie politycy PiS. Jarosław Kaczyński pod tym względem jest geniuszem. 13 lat temu powiedział "My stoimy tam, gdzie staliśmy, oni stoją tam, gdzie stało ZOMO", wyznaczając linię podziału. 9 lat temu zaczął budować narrację o zamachu smoleńskim, tworząc mit męczeński i wskazując wrogów swojego "plemienia". Miesięcznice smoleńskie służyły właśnie temu sekciarskiemu narażeniu wiernych na nienawiść złego świata zewnętrznego. Spójrzcie - mówił - oni są pełni nienawiści! Nie pozwalają nam czcić naszych zmarłych, a to przecież świętość nad świętości! Narrację o zamachu zresztą zręcznie podtrzymuje za pomocą podkomisji smoleńskiej. Podkomisja nie ma na celu wyjaśnienia absolutnie niczego. Ma na celu podtrzymywanie płomyka w tych najbardziej zatwardziałych wyznawcach zamachu.
Na micie męczeńskim zbudował mit mesjański, wskazując, że tylko on może uratować kraj od morderców. 5 lat temu zaczął budować swój wizerunek obrońcy narodu, rozdmuchując do kosmicznych proporcji sprawę przyjęcia syryjskich uchodźców i stawiając twardy opór własnym tezom: Europa chce, by zalała nas fala islamistów, a ja na to nie pozwolę! Jednocześnie tworzył obraz siebie jako czułego ojca-opiekuna, który hojną ręką rozdaje pieniądze potrzebującym. 
"My" jesteśmy dobrzy, dajemy kasę i chronimy przed saraceńskim najeźdźcą, "oni" chcą oddać nasze kobiety śniadym gwałcicielom. 

Bazująca na etnocentryzmie socjotechnika musi być prowadzona bardzo czujnie. Trzeba nadążać za zmieniającym się światem, za panującymi w społeczeństwie nastrojami. I tu znów Kaczyński nie zawodzi. Zbliżają się kolejne wybory. Trzeba znów budować narrację "nas" i "ich". Trzeba znaleźć nowego wroga. Kogo by tu teraz? Politycznego wroga ciężko wskazać, bo Tusk nie kwapi się wracać do kraju, a jego spadkobierca Schetyna jest nijaki jak margaryna na kanapce. Mit złego uchodźcy już się przejadł, zresztą saraceński najeźdźca nad Wisłę nie dotarł, nie da się nim znów straszyć. Kolorowych w kraju jak na lekarstwo, innowiercy się nie wychylają... I tak krok po kroku wyłoniony został nowy wróg publiczny - środowiska LGBT+. 
Dzisiaj już ciężko wskazać, od czego się zaczęło. Na pewno znaczną rolę odegrała próba wdrożenia edukacji seksualnej do szkół. "Plemię" PiS pochwyciło tę nitkę i zaczęło prząść teorie tak gęsto przetykane kłamstwami, przeinaczeniami i półprawdami, że ostatecznie nikt już nie wiedział, o co chodzi. I kiedy już narodził się zupełny chaos, "plemię" skonstruowało jedną prostą i zwięzłą tezę, która zaświeciła w narracji jak latarnia morska: GEJE CHCĄ UCZYĆ NASZE DZIECI MASTURBACJI. Potem narracja była oczywiście wzbogacana - podobno WHO każe uczyć przedszkolaki zoofilii, dzieci powinny przechodzić inicjację seksualną we wczesnej podstawówce... To wszystko było już tylko dodatkiem, stosowanym wedle uznania. Główna teza została sformułowana, nowy wróg wskazany. Furda, że edukacja seksualna rekomendowana przez WHO nie ma właściwie nic wspólnego ze środowiskami LGBT+ - poza tym, że powinna objaśniać istnienie orientacji nieheteronormatywnych. Fakty w religii nie mają najmniejszego znaczenia. 
Od tamtej pory każda parada równości jest nagłaśniana i brana pod lupę. Każdy pretekst jest dobry, by podkreślić wrogość wroga. 

Fakt, od czasu do czasu sprawy wymykają się spod kontroli. Po wygranej PiS dzięki narracji antyuchodźczej zdarzały się takie incydenty, jak pobicie polskiego profesora za to, że rozmawiał z kolegą po niemiecku czy pobicie Włocha za to, że wyglądał na "ciapatego". Teraz dzięki narracji antygejowskiej zdarzył się Białystok. Ale przecież skoro jest wojna, to ofiary muszą być. Wystarczy zręcznie milczeć w określonych momentach. A kiedy już nie da się milczeć, wystawić na strzał mało znaczącego pionka, który coś tam chlapnie, zrobi szum w mediach, wierchuszka odetnie się od jego słów i już wszystko będzie w porządku. 

Gdybym miała wskazać, czemu mają służyć obecne ataki rządzących na środowiska LGBT+, szukałabym wyjaśnienia właśnie w etnocentryzmie. Żaden gej wszak nie zmieni swojej orientacji i żaden jego przyjaciel nie zapała nagle nienawiścią doń. Nikt zorientowany w faktycznych zaleceniach WHO nie odrzuci nagle swojej wiedzy, bo dołączyć do plemiennego chóru. 

Jarosławowi Kaczyńskiemu nie zależy na nowych wyznawcach. On tylko chce głębiej wbić szpony w tych, których już zrekrutował.
"A Clockwork Orange", S. Kubrick. Warner Bros. 1971 

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Fahrenheit 2019

Czas najwyższy! Wreszcie ktoś wziął się za weryfikację książek czytanych przez młodzież! Przez lata zaniedbań dzieci (i nie tylko!) miały dostęp do lektur, które absolutnie nie powinny trafić do naszych domów i umysłów! Na szczęście jedna z gdańskich parafii postanowiła zrobić z tym porządek i zrobiła to, co wszyscy powinniśmy zrobić już dawno temu - potraktowała treści zakazane jako rozpałkę. 

Z całego serca popieram tę bogobojną inicjatywę, dlatego zdecydowałam się wykonać kolejny krok w sprawie i dogłębnie przeanalizowałam listę lektur szkolnych. Nie wolno nam dopuścić do tego, by dzieci w wieku szkolnym miały kontakt z tak szkodliwymi treściami! 
Drogi Rodzicu! Weź tę listę do serca, spotkaj się z nauczycielami i dyrekcją szkoły twojego dziecka i wspólnie ustalcie nowe, właściwe lektury! 
Drogi Nauczycielu! Upewnij się, że nie promujesz niewłaściwych wartości! 


LEKTURY KLASA I
1. A. Bahdaj – Pilot i ja
2. Cz. Janczarski – Jak Wojtek został strażakiemnieposłuszeństwo wobec starszyzny;
3. M. Kownacka – Plastusiowy pamiętnik – magia, okultyzm;
4. G. Kasdepke – Z piaskownicy w świat;
5. M. Strzałkowska – Rady nie od parady czyli wierszyki z morałem;
6. Seria książek „Czytam sobie” – tu trzeba bardzo uważać, by niechcący nie przemycić niewłaściwych treści;
Wiersze J. Tuwima i J. Brzechwy oraz wybór legend i baśni  – magia;

LEKTURY KLASA II
1. H. Ch. Andersen - Baśnie magia;
2. A. i Cz. Centkiewiczowie – Zaczarowana zagroda – animizm;
3. G. Kasdepke - Detektyw Pozytywka;
4. M. Krüger - Karolcia – magia;
5. D. Wawiłow - Najpiękniejsze wiersze;

LEKTURY KLASA III
1. P. Beręsewicz – Czy ta wojna jest dla dziewczyn?;
2. Cz. Centkiewicz – Anaruk chłopiec z Grenlandii;
3. K. Drzewiecka - Piątka z Zakątka;
4. 12 ważnych opowieści. Polscy autorzy o wartościach;
5. A. Frączek – Dobre obyczaje czyli w lekkim tonie o bon tonie;
6. B. Gawryluk – Mali bohaterowie;
7. M. Jaworczakowa – Oto jest Kasia;
8. A. Lindgren - Dzieci z Bullerbyn – podważanie autorytetu starszyzny;
9. Nela. Śladami przez dżunglę , morza i oceany – feminizm;
10. R. Pisarski - O psie, który jeździł koleją – animizm;
11. B. Tylicka – Polskie miasta w baśniach i legendach – pogaństwo;
12. M. Wojciechowska – Dzieciaki świata – feminizm;

LEKTURY KLASA IV
1. J. Brzechwa - Akademia pana Kleksa – magia, okultyzm;
2. C. Collodi - Pinokio – magia, okultyzm;
3. J. Olech - Dynastia Miziołków – podważanie autorytetu starszyzny;
4. R. Goscinny, J. Sempe - Mikołajek – nieposłuszeństwo wobec starszyzny;
Wybór baśni (np. H. Ch. Andersen, J. i W. Grimm, Ch. Perrault) , w tym polskie baśnie ludowemagia, okultyzm, nieposłuszeństwo wobec starszyzny, pogaństwo;

LEKTURY KLASA V
1. F. Molnar - Chłopcy z Placu Broni;
2. C. S. Lewis – Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa – magia, okultyzm;
3. A. Mickiewicz – Pan Tadeusz – promowanie rozwiązłości;
4. M. Twain - Przygody Tomka Sawyera – obrazoburstwo, nieposłuszeństwo wobec starszyzny;
5. F. H. Burnett - Tajemniczy ogród – magia;
6. L. M. Montgomery – Ania z Zielonego Wzgórza – nieposłuszeństwo wobec starszyzny, feminizm;
Wybrane mity greckie, Biblia (fragmenty), wybrane wiersze L. Staffa, K. I. Gałczyńskiego i Cz. Miłosza – fałszywi bogowie, obrazoburstwo;

LEKTURY KLASA VI
1. S. Lem - Bajki robotów – animizm;
2. L. M. Montgomery - Ania z Zielonego Wzgórza – nieposłuszeństwo wobec starszyzny, feminizm;
3. J. Jurgielewiczowa - Ten obcy – podważanie autorytetu starszyzny;
4. K. Makuszyński - Szatan z siódmej klasy – SZATAN!;
5. ks. J. TwardowskI - Zeszyt w kratkę;
6. D. Defoe – Przypadki Robinsona Cruzoefałszywi bogowie;

LEKTURY KLASA VII
1. N. H. Kleinbaum - Stowarzyszenie Umarłych Poetówpodważanie autorytetu starszyzny, bluźnierstwo;
2. A. Mickiewicz – Dziady cz. II okultyzm;
3. J. Kochanowski - Fraszkizachęcanie do grzechów śmiertelnych;
4. J. Kochanowski – Trenysprzeciwianie się woli Boga;
5. Ch. Dickens - Opowieść wigilijnaokultyzm;
6. A. Kamiński – Kamienie na szaniec;
7. J. Słowacki – Balladynamagia, okultyzm;
8. Antoine de Saint – Exupery – Mały książę magia;
9. A. Fredro – Zemstapromowanie rozwiązłości;

LEKTURY KLASA VIII
1. A. Fiedler - Dywizjon 303;
2. Eric-Emmanuel Schmitt - Oskar i pani Róża bluźnierstwo;
3. S. Żeromski - Syzyfowe pracebluźnierstwo;
4. H. Sienkiewicz - Quo vadis;
5. H. Sienkiewicz - Latarnikpromowanie rozwiązłości (Latarnik czyta wszak "Pana Tadeusza");
6. A. Mickiewicz – Pan Tadeuszpromowanie rozwiązłości;
7. E. Hemingway – Stary człowiek i morze;
8. M. Białoszewski - Pamiętnik z powstania warszawskiegopromocja LGBT.

Ponieważ lista lektur skróci się bardzo wymiernie, sugeruję wprowadzić nowe pozycje, promujące właściwe postawy, jak patriotyzm, honor, miłość do Boga i wyrzekanie się wszelkich bezecnych zachowań. Mam tu na myśli świetną książkę, która doskonale opisuje wszystkie wspomniane wyżej cnoty. Oto kilka cytatów na dowód: 

  • "Ci, którzy protestują, sami są wyczerpani szkodliwymi demonstracjami przeciwko Bogu i reszcie świata, poza tym zapominają o pierwszej zasadzie, która jest podstawowa dla wszelkiego powodzenia; to co robisz, rób dokładnie."
  • "Być obywatelem (...), nawet jeżeli jest się tylko zamiataczem ulic, musi być uważane za większy honor niż bycie królem w obcym kraju."
  • "Ktokolwiek śmie kłaść swoją rękę na najszlachetniejszą podobiznę Boga, grzeszy przeciwko łaskawemu Stwórcy tego cudu i zasługuje na wypędzenie z raju."
  • "Odwieczna natura bezwzględnie karze tych, którzy; łamią jej prawa. To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy."
Prawda, że takie wartości są godne promowania? Myślę, że autor tych słów z radością widziałby swoją książkę w kanonie lektur w polskiej szkole. 

Niestety nie możemy już zapytać go o zdanie - zginął 30 kwietnia 1945 r. w berlińskim bunkrze. 


sobota, 30 marca 2019

Szanuj belfra swego

- Dziadku - nieśmiały głos rozległ się w ciszy biblioteki. Henryk uniósł wzrok znad książki. W drzwiach stała siedmioletnia Marysia, nieco nerwowo przestępując z nogi na nogę. Ach tak, pomyślał Henryk, już południe, czas na lekcje. Uśmiechnął się zapraszająco i skinął na dziewczynkę. Marysia podeszła do stołu, wciąż onieśmielona. Henryk przesunął w jej stronę stojący na stoliku talerz z ciasteczkami. Dla takiego malucha biblioteka może być nieco straszna. Marysia szybko schrupała oblanego czekoladą herbatnika i nieco się uspokoiła. 
- Dziadku, co dziś będziemy robić? 
- Pomyślałem, że dziś pouczymy się czytania. 
- A co to jest czytanie? 
Henryk zająknął się, usiłując znaleźć w głowie definicję czytania. Jak wytłumaczyć dziecku czynność, z którą nie miała w życiu do czynienia? Czynność tak oczywistą, że chyba nikt w dziejach nie próbował jej zdefiniować? 
- Wiesz, kochanie, czytanie to takie poznawanie różnych historii i bajek. Tylko zamiast słuchać, poznajesz je sama z książek. 
- A jak to się robi? 
Henryk wstał i podszedł do biblioteczki. Co będzie odpowiednie dla małego dziecka? Długo taksował wzrokiem ustawione w ciasnym rzędzie tytuły, nim wreszcie wyciągnął zakurzony tom. Wrócił do stolika, otworzył książkę i obrócił ją tekstem w stronę wnuczki. Dziewczynka okrągłymi oczami wpatrywała się w ciągnące się po papierze robaczki liter. 
- Co to jest?! 
- To są litery. Z liter zbudowane są słowa. Ze słów buduje się zdania, a zdania składają się na opowieść. 
- Ale ja nic nie rozumiem! 
Henryk westchnął. Spodziewał się, że edukacja kilkulatki będzie ciężką pracą, ale nie przeszło mu przez myśl, jak trudno jest uczyć dziecko rzeczy, których inny wokół nie robił. Mimowolnie uciekł myślami do czasów własnego dzieciństwa. Miał szczęście - system edukacji runął, gdy Henryk miał już 16 lat. Umiał czytać, pisać, liczyć, znał podstawy fizyki i chemii; wiedział, że Ziemia jest okrągła i mniej więcej rozumiał angielski. 
Kiedy przyszła informacja, że jego szkoła zostanie zamknięta, nikt się specjalnie nie zdziwił. To była kwestia czasu; po tym, jak nauczyciele masowo zaczęli odchodzić z pracy, lekcji ubywało praktycznie z tygodnia na tydzień. Jego liceum było ostatnią czynną szkołą w mieście. Pamiętał polityków, którzy przekrzykiwali się wzajemnie, argumentując, że właściwie to edukacja nie jest już nikomu potrzebna, bo żyjemy w czasach, kiedy cała wiedza jest dostępna w Internecie. Najzabawniej wypowiadała się taka ruda babka w okularach; Henryk z trudem przypomniał sobie, że była ministrem pracy. Najpierw głośno opowiadała, że dzięki likwidacji szkół młodzież może szybciej iść do pracy i zarabiać. To niby miało podnieść stopę życiową rodzin. A później wywalili ją z pracy, jak bezrobocie strzeliło na 50%. 
Patrząc z perspektywy czasu, to w sumie nie była jej wina. Kiedy się okazało, że rodzice masowo rezygnują z pracy, bo musieli się zająć dziećmi, właściwie już było po wszystkim. Musiało minąć kilka dobrych lat, zanim pracodawcy wymyślili przyzakładowe świetlice. Przez ten pomysł zresztą ładnych parę firm upadło, bo pensje opiekunów świetlicowych niejednokrotnie przekraczały dochody całego kierownictwa. 
Kilka lat po zamknięciu szkół - oczywiście po wyborach - nowy premier próbował przywrócić zawód nauczyciela. Ależ wtedy się działo! Setki tysięcy ludzi na ulicach, protestujących przeciwko tworzeniu nowych stanowisk za państwowe pieniądze. "Nie będę płacił na darmozjadów!" - Henryk zapamiętał taki transparent niesiony przez jednego z demonstrantów. No i władza się ugięła. Może liczyli na to, że problem rozwiąże się sam, może nie myśleli o przyszłych konsekwencjach - ciężko powiedzieć. Grunt, że to był chyba ostatni moment, kiedy coś można było jeszcze uratować. Ale później już nikt nie odważył się wrócić do tematu i tak już zostało - dzieci się nie uczyły, matki zostały w domach, ojcowie stali się jedynymi żywicielami. Powstała nowa klasa społeczna - bezdzietni. Ludzie w komfortowej sytuacji, którzy mogli pracować bez obaw, spędzać czas poza domem, podróżować. Szybko stali się pariasami i musieli uciekać z miast, chować się w strzeżonych osiedlach przed gniewem, wywołanym poczuciem niesprawiedliwości. 
A kilkanaście lat później pojawiła się kolejna klasa - kopacze. Tak ich nazywano, może nieco złośliwie, choć nie bez racji. Kopaczami byli młodzi ludzie, którzy nie doświadczyli w swoim życiu edukacji. Ci z wykształconych rodzin jeszcze umieli czytać i liczyć, ale większość z nich nadawała się właściwie tylko do trzymania łopaty. Żeby ocalić resztki wiedzy, zlikwidowano emerytury i przywrócono do pracy ostatnie pokolenie ludzi wykształconych. Cała retoryka, jakoby szkoły były zbędne w dobie Internetu, upadła z hukiem. Kolejnych kilka lat później zresztą upadł sam Internet, kiedy zabrakło do pracy rąk wykwalifikowanych na tyle, by utrzymać serwerownie na chodzie. I dopiero wtedy kryzys wybuchł na dobre. Dosłownie z godziny na godzinę posypały się resztki służby zdrowia, bo ostatni pracujący lekarze stracili dostęp do wiedzy. Tu i ówdzie ostały się jeszcze jakieś kliniki, ale dostęp do nich był tak potwornie drogi, że tylko najbogatsi mogli sobie na nie pozwolić. Dlatego zresztą zmarł prezydent - w trakcie usuwania wyrostka robaczkowego chirurg nie mógł sobie przypomnieć szczegółów widzianego na YouTube instruktażu. 
- O czym myślisz, dziadku? - głos Marysi wyrwał go z zamyślenia. 
- O niczym szczególnym, wnusiu. Chodź, przeczytam ci bajkę - uśmiechnął się do niej smutno, spoglądając jednocześnie na oprawiony w szklaną ramę wycinek pożółkłej ze starości gazety: 
"JAK CHCĄ ZARABIAĆ WIĘCEJ, NIECH IDĄ DO INNEJ PRACY. MINISTER EDUKACJI ODPOWIADA NA POSTULATY NAUCZYCIELI" 

wtorek, 26 marca 2019

Medialna menopauza

[Postprawda (ang. post-truth) – sytuacja, w której fakty są mniej istotne w kształtowaniu opinii publicznej niż odwołania do emocji i osobistych przekonań. Postprawda to specyficzny stan życia społeczno-politycznego i intelektualnego w wysoko rozwiniętych krajach demokratycznych, który został wykreowany przez media oraz osoby pełniące ważne funkcje publiczne, głównie polityków; efekt rozprzestrzeniania się populizmu, który wypaczył pierwotny sens uprawiania polityki w krajach demokracji parlamentarnej, ponieważ wykorzenił z życia publicznego walkę na argumenty, idee i możliwe do zrealizowania pomysły, a w to miejsce wprowadził grę na emocjach i tanią sensację. W epoce postprawdy podstawowe wartości, tj. prawda w mediach i życiu publicznym, zagrożone są z powodu cynizmu i skrajnego załamania wszelkich cenionych niegdyś wartości, np.: prawdy, uczciwości i rzetelności dziennikarskiej].

Lubię zerkać za ocean. Z kilku powodów. Po pierwsze, upatruję w kulturze i polityce amerykańskiej trendów, które promieniują na cały świat, warto więc trzymać ucho blisko źródła. Po drugie, amerykańska polityka to szambo zbliżone do naszego, więc czuję niejaką satysfakcję, że nie tylko u nas dzieją się kuriozalne rzeczy, a dystans geograficzny pozwala mi na dozę rozbawienia, którą pewnie fundowaliby mi i nasi, gdyby jednak te kurioza nie dotykały mnie osobiście. Wreszcie po trzecie, Ameryka po prostu mnie fascynuje i chciałabym ją kiedyś zwiedzić. 

I właśnie za oceanem rozgrywa się obecnie medialna melodrama, doprawiona prawem. Chodzi mi konkretnie o sprawę rzekomej napaści. 
Jussie Smollett, grający drugoplanową rolę w serialu "Imperium", złożył na policji doniesienie o napaści na tle rasistowskim i homofobicznym. Zeznał, że napaści dokonało dwóch mężczyzn, którzy pobili go, oblali go nieznaną substancją i założyli mu pętlę na szyję, wykrzykując przy tym "Witamy w kraju MAGA*!". Media obiegło tsunami komentarzy o tym, jak Ameryka w epoce Trumpa stała się na powrót rasistowskim krajem, niebezpiecznym dla każdego o odmiennej barwie skóry. 

Dwa tygodnie później narracja wykonała obrót o 180 stopni. Śledztwo chicagowskiej policji doprowadziło do ujęcia dwóch podejrzanych czarnoskórych (!) mężczyzn, z których jeden był osobistym trenerem Smolletta, a drugi statystą w "Imperium". Zatrzymani zeznali, że Smollett zapłacił im za sfingowanie napadu. Media zaczęły prześcigać się w wyszukanych wyzwiskach pod adresem Smolletta. Nazywano go karierowiczem, oportunistą usiłującym zaistnieć na fali nasilających się aktów rasizmu. Pojawiły się dodatkowe zarzuty o narkomanię i problemy natury psychicznej. Smollett został aresztowany pod zarzutem składania fałszywych zeznań. 

Minęło półtora miesiąca i sąd oddalił stawiane aktorowi zarzuty. Media się zesrały i nie mają już pomysłu, co z tym fantem zrobić. Jednocześnie nie chcą odpuścić tematu, więc w chwili, kiedy piszę te słowa, dziesiątki reporterów i publicystów przed setkami kamer jąkają się, usiłując sklecić trzymający się kupy komentarz w sprawie. 

I tak oto medialny młynek kręci się i miele wszystkich bohaterów skandaliku, który de facto nie ma najmniejszego znaczenia. Z tej dziennikarskiej zawieruchy nie wynika kompletnie nic. 

Opisuję to wszystko, ponieważ trudno o bardziej jaskrawy przykład klątwy współczesności, jaką jest postprawda. 
Postprawda. 
Cóż to jest za kuriozalne słowo. Ksiądz Tischner pisał, że istnieją trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda. A tu proszę. Mamy czwartą kategorię. Choć myślę, że spokojnie możemy postawić znak równości między postprawdą i gówno prawdą. 

Chyba przegapiłam moment, w który fakty ustąpiły pola emocjom. Bo że rzetelność ustąpiła pola prędkości, to wiadomo od dawna. Ale dlaczego teraz uczucia liczą się bardziej od prawdy? Czy media już całkowicie zarzuciły rolę edukacyjną i stały się rozrywką? 

Kilkakrotnie pisałam już o jazgocie medialnym, z którego nie wynika nic dobrego. Naprawdę marzy mi się źródło dziennikarskie, które nie zawraca sobie głowy pierdołami i skupia się na rzeczach naprawdę istotnych, przygotowujące materiały niespiesznie, za to rzetelnie. Naprawdę, wszystkim nam wyszłoby na zdrowie, gdybyśmy przy każdej aferze i aferce skupiali się tylko na przyczynach i skutkach, bez czytania i słuchania w międzyczasie o każdym zainteresowanym, który uniósł pośladek i wypuścił dwupierdzian wodoru w orientacyjnym kierunku sprawy. 

Jasne, że na bieżąco nieraz trudno oddzielić ziarna od plew, sprawy ważne od nieważnych. Afera Watergate przyniosła Amerykanom kryzys konstytucyjny, a przecież zaczęło się od tego, że pięciu gości trochę za głośno kręciło się po hotelowym pokoju. Moja życiowa bohaterka Marie Colvin powiedziała kiedyś, że rolą dziennikarza jest spisanie luźnego szkicu historii i miała w tym dużo racji. Zadaniem mediów jest relacjonować rzeczywistość, rolą historii jest decydować o tym, co w tej rzeczywistości było faktycznie istotne. Mimo wszystko jednak psim obowiązkiem każdego dziennikarza jest też ważenie istoty każdej informacji. Dlatego do reporterskiej zasady 5W (zasada pięciu pytań, na które należy odpowiedzieć przygotowując materiał: what? who? when? where? i why? czyli co się stało, kto to zrobił, kiedy to się stało, gdzie to się stało i dlaczego to się stało) dodałabym jeszcze jedno W - what for? Po co o tym piszę? 

Oczywiście mam świadomość, że laicki komentarz na średnio poczytnym blogu nie zawróci kijem Wisły. News to klikalność, klikalność to pieniądze, a media to biznes jak każdy inny. Ale spróbujmy pamiętać, że to od nas jako odbiorców zależy, co będziemy czytać i w co będziemy klikać. Niech więc dziennikarze mają swoje 5W, a my miejmy swoje 2D: Do I need this? Czy tego potrzebuję? Do I have the time for this? Czy mam na to czas? Jeśli odpowiedź na 2D będzie brzmiała "nie i nie", dajmy sobie spokój. A jeśli wystarczająco wiele osób zada sobie takie pytania i nie będzie klikać w kolejny komentarz do kolejnego komentarza Krystyny Pawłowicz na temat komentarza Grzegorza Schetyny na temat komentarza Jarosława Kaczyńskiego, może pewnego pięknego dnia media przestaną tak zapamiętale komentować. Może wtedy skończy się ta medialna menopauza i media nie będą musiały zmieniać narracji co 15 minut. 

Zostawiam Was z Grześkiem Turnauem, który to wszystko, co tu wypisałam, pięknie zebrał w jednej zwrotce, jak to tylko poeta potrafi:

Nim napiszesz wiersz 
pomyśl i zważ 
jak dalece słuszny to krok 
i czy naprawdę masz czas 
żeby pisać wiersz 
żeby pisać wiersz 

Może raczej wstań 
może lepiej leż 
literatura jest piękna i bez 
podobnie jak ten 
dogasający już dzień 
i gęstniejący już mrok...


* MAGA - Make America Great Again - slogan wyborczy Donalda Trumpa, podchwycony przez niektóre środowiska ksenofobiczne. 

wtorek, 19 marca 2019

Gejgroza

Powiało grozą. 
Wszechprezes złowieszczym tonem oznajmił zdjętej przerażeniem tłuszczy, że IDĄ PO NASZE DZIECI! 
Kto? No homoseksualiści oczywiście! 
Wszechprezes nie wyjaśnił jednak, o czyje dokładnie dzieci chodzi; sam jest bezdzietny, w związku z czym zaimek "nasze" wydaje się cokolwiek nietrafiony. 

No, chyba że chodziło mu o 76 tysięcy dzieci przebywających pod opieką państwa. Dzieci, których rodzice - w wyniku choroby czy wypadku - stracili życie, nim ich potomstwo weszło w dorosłość. Dzieci, których rodzice tak bardzo nie umieli w rodzicielstwo, że sąd zdecydował o odebraniu im praw. Dzieci tak bardzo niechciane, że porzucone w szpitalach czy zostawione w oknach życia. 
Dzieci wychowujące się w przepełnionych, niedofinansowanych domach dziecka, bo państwo zachowuje się jak Scarlett Johansson w "Vicky Cristina Barcelona". Dla osób, które nie widziały tego filmu Allena, wyjaśniam: grana przez Johansson bohaterka nie wiedziała, czego chce od życia, wiedziała za to, czego od niego nie chce. 
Tak też jest z naszym państwem: Nie zatroszczy się specjalnie o sieroty, ale na pewno nie pozwoli, żeby ktoś inny się o nie zatroszczył. 

Mamy zatem system, gdzie niedofinansowane instytucje opieki społecznej nie mają środków, by realnie zadbać o dobrobyt tych najbardziej bezbronnych. Gdzie brak konkretnych regulacji prawnych powoduje, że wyroki w sprawach o pieczę nad nieletnim bywają loterią. Gdzie procedury adopcyjne były i są żmudne i skomplikowane. Gdzie pseudomoralność jaśnie nam panujących robi z kobiet klacze rozpłodowe. Gdzie zaciekle broni się płodów, ale neguje się międzynarodowe dokumenty traktujące o przemocy wobec ich nosicielek. 

I w tym systemie nagle największym niebezpieczeństwem okazuje się możliwość adopcji dzieci przez dwójkę ludzi kochających się inaczej, niżby sobie partia życzyła. 

A teraz najzabawniejszy element tej komedii: Nikt nie mówi na poważnie o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. 
Cała zadyma zaczęła się od tego, że zastępca prezydenta Warszawy w wywiadzie prasowym wyraził mglistą nadzieję, że kiedyś tam, w przyszłości, dojrzejemy jako społeczeństwo do tego, żeby pojawiła się taka możliwość. I natychmiast zebrał za te słowa łomot od swojego szefa, który chwilę wcześniej głośno i radośnie afirmował swoją solidarność ze środowiskami LGBT+. I od szefa swojego szefa, bo okazuje się, że w Polsce sprzymierzeńcem mniejszości seksualnych można być tylko troszeczkę i tylko na pokaz. 

Niechciana adopcja niechcianych dzieci przez niechcianych ludzi okazała się wodą na młyn kampanii wyborczej. W tej kampanii kandydaci prześcigają się w pomysłach, jakby tu się dostać do organu decyzyjnego organizacji zrzeszającej 28 krajów, z czego 23 to państwa uznające związki partnerskie lub małżeństwa osób jednopłciowych.

Może komuś tu się jawi wallenrodyzm sytuacji, próba rozsadzenia od środka tej unii poruty i zepsucia. Według mnie jednak to bardziej próba wepchnięcia świni na salony. 
Nie wiem, co w tym wszystkim smuci mnie i przeraża najbardziej – fakt, że ktoś w XXI wieku promuje się, grając na homofobicznych strunach, czy fakt, że te struny wybrzmiewają w pudle rezonansowym społeczeństwa niepokojąco głośno. 

Miałam tu jeszcze napisać o tych wszystkich kretynizmach związanych z paniką wokół edukacji seksualnej i kolejnej odsłonie groteski zatytułowanej "Pedofilia w Kościele". Doszłam jednak do wniosku, że to już za dużo grzybków, jak na jeden barszcz.

PS. Wszechprezesie, mam dla Pana news: pary jednopłciowe w Polsce MAJĄ DZIECI! I może Pan sobie tupać nóżką ile chce, ale proszę mi wierzyć, doktor Malcolm w "Parku Jurajskim" miał rację - życie zawsze znajdzie sposób. 

czwartek, 21 grudnia 2017

List do polskiej inteligencji

Droga Inteligencjo!

Od dwóch lat porównujesz rządy Jarosława Kaczyńskiego do rządów Bieruta, Gomułki, Gierka. Od dwóch lat krzyczysz, że minister Błaszczak wprowadza stalinowskie metody walki z opozycją. Od dwóch lat stoisz na ulicy, wznosząc łańcuchy świateł, machając flagą Unii Europejskiej, skandując „KONSTYTUCJA”!

I o ile wszystko to rozumiem i popieram, nie mogę się oprzeć, żeby nie powiedzieć głośno:
To wszystko jest gówno warte.

Macie, Inteligenci, wrażenie, że rząd Was ignoruje? Słuszne to wrażenie – prezes i jego podwładni nie mają Was w sercu, ba – nawet nie leżycie im na wątrobie. Plasujecie się gdzieś między dzisiejszą kanapką z jajkiem i wczorajszą ogórkową, na ostatnim odcinku okrężnicy. Mówiąc prościej – wszyscy mają Was w dupie. Możecie sobie stać na ulicach, fotografować złych policjantów pałujących co aktywniejszych członków waszego zgromadzenia, ale nie zdziałacie absolutnie nic.

Dlaczego?

Bo te wszystkie protesty nie mają żadnego realnego znaczenia, żadnej wymiernej wartości. Nie przekładają się na gospodarkę, nie zmieniają nastrojów społecznych. Rządzący nic nie tracą, nawet wizerunkowo (a w oczach niektórych wręcz zyskują). Więc po co mieliby się Wami przejmować?
Opozycja i sprzyjające jej media bardzo chętnie doszukują się analogii pomiędzy dniem dzisiejszym a PRL. Wówczas również na ulicach skandowały tłumy, służby mundurowe pałowały.
Jest tylko kilka różnic i to wcale nie takich subtelnych.

Po pierwsze, tłumy, które wtedy skandowały, składały się z siły robotniczej. Jeśli robotnicy strajkowali, w miejscu stawał przemysł, który był głównym filarem gospodarki PRL. Nasze stocznie budowały statki dla całego bloku wschodniego. Cegielski w Poznaniu robił silniki do tychże statków, produkował też pociągi. Lublin z kolei był ośrodkiem produkcji lotniczej. Więc to nie pod nawoływaniem profesorów Geremka czy Mazowieckiego zaczęły uginać się władze, ale pod groźbą paraliżu kluczowych produkcji przez młotkowego Kowalskiego.

Po drugie, ówczesne protesty nie wynikały z naruszania swobód konstytucyjnych czy ręcznego sterowania władzą sądowniczą. Przyczyny buntu były znacznie bardziej prozaiczne – w Poznaniu zaczęło się od dodatkowego podatku, nałożonego na tzw. pracowników akordowych. W dużym skrócie – im więcej człowiek pracował, tym większy podatek musiał zapłacić. W Lublinie punktem zapalnym były nierówności płacowe i podwyżki cen żywności. W Gdańsku – również podwyżki cen.
Po trzecie, nie – aresztowanie Klementyny Suchanow za obrzucenie jajkami kolumny prezydenckiej nie jest „metodami stalinowskimi”. Znaj proporcje, mocium panie.

Pochylmy się na chwilę nad Gdańskiem, bo tu właśnie doszło do wydarzeń, które powinny stać się kanwą analizy obecnej sytuacji.

Marzec 1968 r. Po wydarzeniach 1956 r. władza poluzowała nieco śruby ruchom robotniczym, więc fabryki pracują jak dawniej. Za to przykręciła śrubki inteligencji – bardziej restrykcyjna cenzura, nasilający się antysemityzm, przejawiający się między innymi usuwaniem profesorów pochodzenia żydowskiego ze szkół. W końcu Dejmek wystawia w Warszawie swoje słynne „Dziady” i machina rusza. Środowiska studenckie z Warszawy, Gdańska, Poznania i jeszcze kilku innych miast krwawo ścierają się z milicją i ZOMO.
Jak reagują na to robotnicy z Gdańska?
Przyłączają się do pałowania studentów. Bo robotnikom jest dobrze – władza spełniła postulaty, jest co jeść, zarobki są dobre i jeszcze deputaty wpadają. Więc czego ci studenci drą ryje?
Mijają dwa lata. O studenckich strajkach już mało kto pamięta. Za to władza stoi pod murem. Jak mówi stare powiedzenie, z pustego i Salomon nie naleje. 14 lat wcześniej udało się uspokoić strajki, ale koszt zamknięcia robotnikom ust był ogromny. Trzeba podnieść ceny żywności. 13 grudnia 1970 ogłaszają podwyżki cen, a 14 grudnia Stocznia Gdańska staje. Strajkujący robotnicy szukają wsparcia w środowisku akademickim, ale prorektor Uniwersytetu Gdańskiego odcina się od rozmów, dochodzi do przepychanek, a studenci są obrażeni na robotników za pomaganie w pałowaniu ich dwa lata wcześniej. Gdańskie strajki rozlewają się trochę po Polsce – dołącza się Gdynia, Szczecin, na pół dnia nawet Warszawa czy Wrocław, ale to i tak ostatni dzień protestów, więc wieczorem wszyscy rozchodzą się do domów.

O co walczy Gdańsk w 1970 r.? O wzrost płacy minimalnej, o zredukowanie różnic płacowych między tzw. niebieskimi i białymi kołnierzykami, o zasiłek chorobowy. Nie ma tam żadnych postulatów dotyczących cenzury, antysemityzmu czy innych, które bolą inteligencję.
Z tego bardzo okrojonego obrazka można wyciągnąć kilka wniosków:
1.    Interesy inteligencji i sił robotniczych nigdy nie szły w parze.
2.   Jak przyszło co do czego, te grupy nie umiały się solidaryzować.
3. Kołem zamachowym najważniejszych protestów nigdy nie była sytuacja polityczna, dyplomatyczna czy prawna. Tylko gospodarcza – bo od tego zależało, czy naród będzie miał co do garnka włożyć.
4.   Owocem Poznania ’56 i Gdańska ’70 (a więc strajków robotniczych) są reformy gospodarcze. Owocem Marca ’68 jest „zmiana świadomości młodej inteligencji polskiej”.

Patrząc na ogół ruchów opozycyjnych w latach 1946-1989 można wysnuć uzasadnioną tezę, że wkład inteligencji w obalenie komunizmu był porównywalny do wkładu muchy siedzącej na końskiej dupie w oranie zagonu. 10 lat zabrało opozycyjnej inteligencji przyłączenie się do ruchów robotniczych i podpięcie swoich postulatów o przestrzeganiu swobód konstytucyjnych, uwolnieniu więźniów politycznych i powszechnym dostępie do informacji do postulatów robotników o wolnych sobotach i podwyżkach pensji. Gdyby nie Wałęsa, Walentynowicz i Krzywonos, Geremek, Mazowiecki i Kaczyńscy pewnie nadal siedzieliby w czyimś mieszkanku i przy herbacie debatowali o Klubie Krzywego Koła.

Za chwilę minie 30 lat od czasu, kiedy PZPR skapitulował i poszedł na współpracę z „Solidarnością”. U władzy siedzą ludzie, którzy upadkiem komunizmu łacno wycierają sobie gęby, jednocześnie dając przywileje ówczesnym prokuratorom, a bohaterów tamtych czasów – czy to robotnika Wałęsę, czy inteligenta Geremka – odżegnują od czci i wiary. Majdrują przy prawach wyborczych, nacjonalizują przedsiębiorstwa, zmieniają historię i cenzurują media – a jednak mają rekordowo wysokie poparcie. Warszawska inteligencja na przemian nie dowierza sondażom i rwie sobie włosy z głowy, jak to możliwe, że „Polacy są tak głupi”.

Otóż nie, inteligencjo. To nie Polacy są głupi, tylko ty. Nie wysnułaś żadnych wniosków, nie nauczyłaś się niczego.

Twoim największym grzechem, polska inteligencjo, jest arogancja. Nie czujesz potrzeby wczuwania się w sytuację człowieka z innej, stojącej w twoich oczach niżej, kasty społecznej. Ty nie mieszkasz na Podkarpaciu, nie śmierdzisz cebulą i nie słuchasz disco polo. Ty mieszkasz w wielkim mieście, pijesz kawę fair trade i chodzisz do teatru. Wolne chwile spędzasz z książką, bo telewizja nie ma ci nic do zaoferowania. To nie jest kwestia pogardy, absolutnie nie o to chodzi. Po prostu jesteś z innego świata i zdajesz się nie dostrzegać potrzeb ludzi w innej sytuacji życiowej. Dla ciebie, inteligencie stojący ze świeczką pod pałacem prezydenckim, dobrem najwyższej potrzeby jest wolność mediów i niezawisłość sądów. Dla człowieka uprawiającego na Lubelszczyźnie ziemię po ojcu i dziadku, dobrem najwyższej potrzeby jest swoboda upraw, którą zabrała mu Unia Europejska. Ciebie boli, że minister Szyszko pozwala strzelać do żubrów. Hodowcę świń pod Białowieżą cieszy, że minister Jurgiel znalazł mu klienta na wieprzowinę zarażoną ASF.

Zanim więc zaczniesz płakać nad tym, co nowa władza zabrała lub próbuje zabrać tobie, zastanów się, co dała innym. A dała wiele – mówię to z niechęcią, ale tak jest. Rodzinom wielodzietnym dała realne pieniądze, wypłacane co miesiąc jak w zegarku. Stolarniom dała doskonałej jakości drewno do produkcji drogich mebli. Ba, nawet ludziom, których ciągnie romantyczny mit wojny, ale którzy z różnych przyczyn nie dostali się do wojska, dała namiastkę w postaci WOT.
Tymczasem ty krzyczysz o abstraktach, które tym ludziom niewiele mówią. Konstytucja? Ot, dokument, który w najlepszym przypadku czytali ostatnio na WOS w szkole. Zawłaszczanie Trybunału Konstytucyjnego i PKW? Zastanów się głęboko – jaki REALNY wpływ mają takie posunięcia władzy na codzienne życie?

Czy dostrzegasz już, inteligencjo, co się stało i co nadal się dzieje?
PRL upadł nie dlatego, że ludziom brakowało wolności mediów i zgromadzeń. Upadł, bo ludziom brakowało chleba.

W 2017 r. Polska jest w zupełnie innej sytuacji gospodarczej i finansowej, zupełnie inaczej też przedstawiają się nasze zobowiązania wobec innych państw (czytaj: nie trzeba odbudowywać połowy kraju, nikt już nie wywozi całymi wagonami owoców naszej produkcji do ZSRR, a w 2009 r. udało się wreszcie spłacić do końca długi po Gierku). Dlatego też, o ile PiS nie narozrabia na tyle, że zostaną nałożone na nas sankcje ekonomiczne, doprowadzenie do sytuacji, w której ludziom zacznie brakować chleba, potrwa znacznie dłużej niż w dobie PRL.

Od ostatniego uścisku dłoni w Jałcie do Joanny Szczepkowskiej, ogłaszającej koniec komunizmu, upłynęły 44 lata.
Prawo i Sprawiedliwość rządzi od dwóch.  
Więc, wielkomiejska inteligencjo, masz dwie drogi:
a) Zaczniesz niemal pozytywistyczną pracę u podstaw, aby zrozumieć współczesne społeczeństwo w pełnym jego przekroju, a kiedy już zrozumiesz – możesz szukać narzędzi do zmiany.  
b) Będziesz nadal nosić świeczki pod pałacem i wygłaszać okrągłe zdania, krzycząc o stalinowskich metodach ilekroć policja założy komuś kajdanki za rzucanie jajkami w prezydenta, z rezultatami identycznymi z dotychczasowymi. 

Możesz też czekać, aż PiS wypstryka się z pieniędzy na spełnianie obietnic wyborczych i na nowego Wałęsę, który zostanie twarzą głodnych robotników. 

Ale na to bym przesadnie nie liczyła, bo zajmie to wiele lat, a i robotników już nie mamy zbyt wielu.   

wtorek, 26 września 2017

Ciota-niewidka

Długo biłam się z myślami, czy poruszać ten temat. Czy warto? Wszyscy teraz o tym piszą, jaki pożytek przyniesie kolejny głos wśród krzyczącego tłumu? Co wniesie wpis na ledwie dychającym blogu?
Ale potem pomyślałam: Cholera, napisz. Dla wykrzyczenia, co ci w duszy gnije. I dlatego, że jesteś to winna. 

Ciota, pedał, lesba, zboczek, babochłop.
Pizdoliz, lachociąg, cwel.
Patologia. Zboczenie. Choroba.
Do gazu z pedaliadą. 
Co Hitler robił z Żydami, my zrobimy z wami. 
Cholerne genetyczne pomyłki.
Pod ścianę i rozstrzelać.
Jałowi ludzie.

I nagle umiera człowiek. Dziecko jeszcze. Dziecko w okresie dojrzewania, w czasie, kiedy psychika i fizyczność zmienia się tak, że człowiek zaczyna nienawidzić siebie. I właśnie w momencie największego pogubienia, tuż przed granicą samookreślenia, to dziecko uderzyło w mur nienawiści ze strony rówieśników i odbiło się od tego muru, by przywalić głową w ścianę milczenia i obojętności dorosłych. 
I dziecko umarło, zmiażdżone pomiędzy nienawiścią i milczeniem.

Słowa, które piszę dzisiaj, byłyby tak samo ważne dwa lata temu. Dziś Kacper, wtedy Dominik. A ilu było pomiędzy nimi? Ilu Michałów, Pawłów, Kaś i Julii? Wiele. Nie wiemy o nich, bo w tych dwóch głośnych przypadkach rodzice powiedzieli: mój syn był prześladowany za inność. O ilu nie wiemy - ciężko powiedzieć. Rocznie 600 nastolatków popełnia samobójstwo. Nie ma szans, żeby w naszym homofobicznym, ksenofobicznym, popieprzonym społeczeństwie te dwa przypadki - Kacpra i Dominika - były odosobnione. 
Ale o tym się nie mówi. Bo to wstyd, że syn-pedał, córka-lesbijka. Niech sobie będzie, jak już musi, ale po cichu. A jak się powiesi na sznurówce, to powiemy, że źle się uczył. Nie może być, że pedzio, bo jeszcze ksiądz pogrzebu nie da. 

Ten wstyd to owoc długich lat nienawiści. Całe pokolenia ciężko pracowały na to, by większość nieheteronormatywnych założyła czapkę-niewidkę i udawała kogoś innego. Niektórzy udają "normalnych" - biorą śluby, zakładają rodziny. I trwają u boku męża czy żony, nieświadomych kim tak naprawdę jest osoba, z którą dzielą życie. I tylko czasem, kiedy po drugiej stronie łóżka rozlega się już równomierny oddech świadczący o głębokim śnie, można sobie pozwolić na cichy płacz w poduszkę. 
Inni do mistrzostwa opanowali operowanie zaimkami i metaforami. 
"Moje kochanie", "Moja lepsza połówka" - byle nie powiedzieć jasno "mój chłopak", "moja dziewczyna". "My" tylko w czasie teraźniejszym, bo "poszłyśmy do kina" może być zbyt sugestywne. 
Jeszcze następni uciekają w samotność, byle nie dać upustu zakazanej miłości. 

I to, co się stało z Kacprem, Dominikiem i diabli wiedzą iloma innymi, to też nasza wina. Nasza i naszych czapek-niewidek. 
Kulimy ogony, myśląc tylko o własnym przetrwaniu. O tym, jak coming out wpłynie na nasze znajomości, kariery, sąsiedztwo. 
I usprawiedliwiamy się sami przed sobą, że po co od razu wyskakiwać z jakąś afirmacją - no bo przecież nikomu nic do tego, z kim chodzę na randki. Ja nie zaglądam do łóżek znajomym heterykom, więc oni nie muszą zaglądać do mojego.
Gówno prawda. 
Co komu do tego? Kacprowi i Dominikowi do tego. Setkom innych młodych ludzi, którzy boją się być inni, wstydzą się własnej miłości. 
To są dzieciaki, które własną niewidzialnością pozbawiamy nadziei, wzorca. 
Nie mówimy im: "Spójrz na mnie - jestem gejem i robię karierę w sporcie". 
"Spójrz na mnie - jestem lesbijką i dobrze zarabiam we własnej firmie". 
"Spójrz na mnie - jestem transseksualny i jestem świetnym aktorem".
"Spójrz na mnie - jestem biseksualna i jestem sprawnym politykiem".  
Ile autorytetów mają nieheteronormatywne dzieciaki w polskiej rzeczywistości? 
Roberta Biedronia. 
Anię Grodzką. 
Michała Piróga.
Koniec listy. 
Reszta nazwisk znana jest zaangażowanym w branżę albo są to ludzie odlegli o lata świetlne od zainteresowań młodych (Maciej Nowak czy Tomasz Raczek). 
Chcecie mi wmówić, że na scenie muzycznej nie ma ani jednej lesbijki? 
Że w polityce mamy jednego tylko geja? 
A cała reszta, te piękne panie prężące ciała na ściankach na premierach filmowych, ci panowie napinający muskuły na imprezach sportowych - to wszystko heterycy? 

W świecie, w którym każdy aspekt jest odbity od heteronormatywnej sztancy, jesteśmy winni tym dzieciakom własny coming out. Naszym zasranym obowiązkiem jest pokazać, że seksualność nie jest powodem do wstydu. I że to, czy w domu czeka na nas chłopak, czy dziewczyna, nie ma najmniejszego wpływu na to, czy odniesiemy w życiu sukces.

Rewolucja seksualna w latach 60. ubiegłego wieku wybrzmiała głośno i doprowadziła do wojny pokoleniowej. Ale to tej rewolucji zawdzięczamy prezerwatywę, pigułkę i seks pozamałżeński - coś, co dziś jest normalne i oczywiste. Może czas podnieść głowy i sprawić, żeby za dziesięć czy dwadzieścia lat nieheteronormatywność była równie normalna i oczywista? Bo tylko wtedy, zamiast tracić energię na chowanie się przed rówieśnikami, Kacper i Dominik będą mogli skupić się na samorozwoju i przestać się bać tylko dlatego, że zamiast Kaśki, w której podkochuje się połowa II a, podoba im się Tomek z III c?

Kacpra, Dominika i wielu bezimiennych zabił nasz wstyd. Wstyd, który wynieśliśmy z domu tak samo, jak homofobi wynieśli z domu nienawiść. Czas z tym skończyć. 

Przepraszam Cię, Dominiku. 
Przepraszam Cię, Kacprze. 
Przepraszam za swoje tchórzostwo. 
Czapkę-niewidkę niech trafi szlag.