wtorek, 26 września 2017

Ciota-niewidka

Długo biłam się z myślami, czy poruszać ten temat. Czy warto? Wszyscy teraz o tym piszą, jaki pożytek przyniesie kolejny głos wśród krzyczącego tłumu? Co wniesie wpis na ledwie dychającym blogu?
Ale potem pomyślałam: Cholera, napisz. Dla wykrzyczenia, co ci w duszy gnije. I dlatego, że jesteś to winna. 

Ciota, pedał, lesba, zboczek, babochłop.
Pizdoliz, lachociąg, cwel.
Patologia. Zboczenie. Choroba.
Do gazu z pedaliadą. 
Co Hitler robił z Żydami, my zrobimy z wami. 
Cholerne genetyczne pomyłki.
Pod ścianę i rozstrzelać.
Jałowi ludzie.

I nagle umiera człowiek. Dziecko jeszcze. Dziecko w okresie dojrzewania, w czasie, kiedy psychika i fizyczność zmienia się tak, że człowiek zaczyna nienawidzić siebie. I właśnie w momencie największego pogubienia, tuż przed granicą samookreślenia, to dziecko uderzyło w mur nienawiści ze strony rówieśników i odbiło się od tego muru, by przywalić głową w ścianę milczenia i obojętności dorosłych. 
I dziecko umarło, zmiażdżone pomiędzy nienawiścią i milczeniem.

Słowa, które piszę dzisiaj, byłyby tak samo ważne dwa lata temu. Dziś Kacper, wtedy Dominik. A ilu było pomiędzy nimi? Ilu Michałów, Pawłów, Kaś i Julii? Wiele. Nie wiemy o nich, bo w tych dwóch głośnych przypadkach rodzice powiedzieli: mój syn był prześladowany za inność. O ilu nie wiemy - ciężko powiedzieć. Rocznie 600 nastolatków popełnia samobójstwo. Nie ma szans, żeby w naszym homofobicznym, ksenofobicznym, popieprzonym społeczeństwie te dwa przypadki - Kacpra i Dominika - były odosobnione. 
Ale o tym się nie mówi. Bo to wstyd, że syn-pedał, córka-lesbijka. Niech sobie będzie, jak już musi, ale po cichu. A jak się powiesi na sznurówce, to powiemy, że źle się uczył. Nie może być, że pedzio, bo jeszcze ksiądz pogrzebu nie da. 

Ten wstyd to owoc długich lat nienawiści. Całe pokolenia ciężko pracowały na to, by większość nieheteronormatywnych założyła czapkę-niewidkę i udawała kogoś innego. Niektórzy udają "normalnych" - biorą śluby, zakładają rodziny. I trwają u boku męża czy żony, nieświadomych kim tak naprawdę jest osoba, z którą dzielą życie. I tylko czasem, kiedy po drugiej stronie łóżka rozlega się już równomierny oddech świadczący o głębokim śnie, można sobie pozwolić na cichy płacz w poduszkę. 
Inni do mistrzostwa opanowali operowanie zaimkami i metaforami. 
"Moje kochanie", "Moja lepsza połówka" - byle nie powiedzieć jasno "mój chłopak", "moja dziewczyna". "My" tylko w czasie teraźniejszym, bo "poszłyśmy do kina" może być zbyt sugestywne. 
Jeszcze następni uciekają w samotność, byle nie dać upustu zakazanej miłości. 

I to, co się stało z Kacprem, Dominikiem i diabli wiedzą iloma innymi, to też nasza wina. Nasza i naszych czapek-niewidek. 
Kulimy ogony, myśląc tylko o własnym przetrwaniu. O tym, jak coming out wpłynie na nasze znajomości, kariery, sąsiedztwo. 
I usprawiedliwiamy się sami przed sobą, że po co od razu wyskakiwać z jakąś afirmacją - no bo przecież nikomu nic do tego, z kim chodzę na randki. Ja nie zaglądam do łóżek znajomym heterykom, więc oni nie muszą zaglądać do mojego.
Gówno prawda. 
Co komu do tego? Kacprowi i Dominikowi do tego. Setkom innych młodych ludzi, którzy boją się być inni, wstydzą się własnej miłości. 
To są dzieciaki, które własną niewidzialnością pozbawiamy nadziei, wzorca. 
Nie mówimy im: "Spójrz na mnie - jestem gejem i robię karierę w sporcie". 
"Spójrz na mnie - jestem lesbijką i dobrze zarabiam we własnej firmie". 
"Spójrz na mnie - jestem transseksualny i jestem świetnym aktorem".
"Spójrz na mnie - jestem biseksualna i jestem sprawnym politykiem".  
Ile autorytetów mają nieheteronormatywne dzieciaki w polskiej rzeczywistości? 
Roberta Biedronia. 
Anię Grodzką. 
Michała Piróga.
Koniec listy. 
Reszta nazwisk znana jest zaangażowanym w branżę albo są to ludzie odlegli o lata świetlne od zainteresowań młodych (Maciej Nowak czy Tomasz Raczek). 
Chcecie mi wmówić, że na scenie muzycznej nie ma ani jednej lesbijki? 
Że w polityce mamy jednego tylko geja? 
A cała reszta, te piękne panie prężące ciała na ściankach na premierach filmowych, ci panowie napinający muskuły na imprezach sportowych - to wszystko heterycy? 

W świecie, w którym każdy aspekt jest odbity od heteronormatywnej sztancy, jesteśmy winni tym dzieciakom własny coming out. Naszym zasranym obowiązkiem jest pokazać, że seksualność nie jest powodem do wstydu. I że to, czy w domu czeka na nas chłopak, czy dziewczyna, nie ma najmniejszego wpływu na to, czy odniesiemy w życiu sukces.

Rewolucja seksualna w latach 60. ubiegłego wieku wybrzmiała głośno i doprowadziła do wojny pokoleniowej. Ale to tej rewolucji zawdzięczamy prezerwatywę, pigułkę i seks pozamałżeński - coś, co dziś jest normalne i oczywiste. Może czas podnieść głowy i sprawić, żeby za dziesięć czy dwadzieścia lat nieheteronormatywność była równie normalna i oczywista? Bo tylko wtedy, zamiast tracić energię na chowanie się przed rówieśnikami, Kacper i Dominik będą mogli skupić się na samorozwoju i przestać się bać tylko dlatego, że zamiast Kaśki, w której podkochuje się połowa II a, podoba im się Tomek z III c?

Kacpra, Dominika i wielu bezimiennych zabił nasz wstyd. Wstyd, który wynieśliśmy z domu tak samo, jak homofobi wynieśli z domu nienawiść. Czas z tym skończyć. 

Przepraszam Cię, Dominiku. 
Przepraszam Cię, Kacprze. 
Przepraszam za swoje tchórzostwo. 
Czapkę-niewidkę niech trafi szlag. 

poniedziałek, 4 września 2017

500+ prosimy przelewać bezpośrednio na konto Biedronki.

Narodzie! 
Oto nastąpiło powtórne przyjście, na które wszyscy tyle czekaliśmy! 
Nie mówię tu oczywiście o żadnych biblijnych postaciach, tylko o Świeżakach. No wiecie, tych pluszakach z Biedronki. 

Jeśli komuś z Was umknęła historia ze Świeżakami, już tłumaczę: Biedronka zorganizowała akcję promocyjną, gdzie za zakupy w określonej kwocie dostaje się naklejki, które następnie można wymienić na maskotki w kształcie owoców i warzyw. Maskotek jest kilka rodzajów, więc można uzbierać całą kolekcję. 

Pierwszy raz akcja ruszyła w zeszłym roku i przy kasach w całym kraju rozpętały się dantejskie sceny. Najpierw była giełda naklejek. Ojcowie, matki, dziadkowie, babki, stryjowie i ciotki Rzeczpospolitej Polskiej szturmem zdobywali półki portugalskich dyskontów, zbierając nalepki, za które później mały Brajanek miał dostać truskawkę czy banana made in China. Kto miał do Biedry daleko, ten ogłaszał zbiórkę naklejek w internecie. Dochodziło nawet do aktów przestępczych: w Żaganiu policja aresztowała kobietę, która ukradła 2000 naklejek. W kasach dramat - skończyły się naklejki! A potem jeszcze większy dramat - skończyły się maskotki! Pion marketingu Jeronimo Martins nie przewidział skali zainteresowania akcją i zapas zabawek błyskawicznie się wyczerpał. Ale my Polacy tak mamy, że jesteśmy przyzwyczajeni do deficytów towarowych. I - jak za czasów słusznie minionych - zaczęły się zapisy u kierowników sklepów. A z Chin wypłynęły kontenery pełne pluszu w kształcie grzybów i brokułów. 

Minęło kilka miesięcy i mamy powtórkę z rozrywki. Na Facebooku wrze: "Kto ma zbędne naklejki, zbieramy na Borówkę!*". Pod kasami wrze: "Nie widzę obrączki na pana palcu, to po co panu te naklejki?"*. I znów doszło do kradzieży, tym razem w Pułtusku. Kobiecie grozi do 5 lat więzienia za kradzież prawie 1400 naklejek. 
A teraz najciekawsze: Żeby zebrać naklejki potrzebne do zdobycia jednej maskotki, trzeba wydać na zakupy od 800 zł (jeśli korzysta się z wszelkich programów lojalnościowych i kupuje "produkty specjalne") do 2400 zł (w opcji bez lojalek). 

Tak jest: trwa szał na chińskie zabawki w cenie telewizora. 

Obserwuję to zjawisko i zachodzę w głowę, na czym polega fenomen tych maskotek? Miałam jedną w rękach - ot, pluszak jak każdy inny. Więc o co chodzi? 
Czytałam gdzieś rozmowę z psycholog, która doszukiwała się wyjaśnieniu w deficytach u rodziców dzieci - być może ta walka o pluszaki wynika z braków, jakich doświadczyli w dzieciństwie i teraz próbują zapewnić swoim dzieciom wszystko, co tylko możliwe. 
Być może taki rodzaj kompensacji "ja nie miałem, więc ty będziesz mieć" jest jakimś uzasadnieniem, ale... Jakoś tego nie kupuję. Wydaje mi się, że to już nie to pokolenie. Argument rekompensaty własnych braków słychać od 30 lat - od czasów transformacji. To nasi rodzice, rodzice obecnych trzydziestolatków, doświadczali braku wszystkiego i kiedy półki w sklepach zakwitły feerią barw importowanych zabawek, ciuchów, piórników i słodyczy, zachłystywali się tą nagłą mnogością i stawali na uszach, żeby ich dzieci miały lepsze, ładniejsze, bardziej markowe i bardziej zachodnie. Czy teraz możemy mówić o tym samym? Na moje oko nie bardzo. 

Chociaż może lepiej wierzyć w takie uzasadnienie, żeby uchronić się od innego, mniej wyrozumiałego wyjaśnienia: że jesteśmy rynkowymi idiotami, którzy tracą jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, kiedy tylko reklama w telewizji powie nam "odbierz za darmo". 
Niestety ta teoria bardziej do mnie trafia, bo nie widzę innego uzasadnienia dla kupowania zabawki dostępnej w internecie za 20 zł za kwotę od 40 do 120 razy wyższą. Marketingowcy mają u nas jak u pana boga za piecem - damy sobie wcisnąć każdy kit i wydamy każde pieniądze, kiedy tylko ktoś szepnie słowo "okazja". I wydaje nam się, że jesteśmy cwaniaki kute na cztery łapy, bo - ha ha - nie wydaliśmy sami tej kupy kasy, tylko pozbieraliśmy po znajomych i rodzinie. I śmiejemy się w kułak, że oszukaliśmy system. A ile osób za naszą namową poszło na zakupy do Biedronki zamiast do innego sklepu, do którego zwykle chodzą - to już nam do głowy nie przychodzi. I nie zastanawiamy się raczej, ile dołożyliśmy do koszyka bez potrzeby, byle tylko dobić do tych cholernych 40 zł i dostać naklejkę, żeby potem ta żółta chińszczyzna w kształcie banana była "za darmo". Nie chce mi się porównywać cen produktów objętych promocją przed akcją i w czasie jej trwania, ale znając życie i mechanizmy promocyjne, tu też daliśmy się zrobić na szaro. 

Od czasu pierwszej promocji minął rok. Z relacji znajomych, którzy dali się złapać w sieć Świeżaków, wynika, że pluszaki leżą zapomniane gdzieś na dnie skrzyń z zabawkami. To jednak nie przeszkadza kolejnej edycji napędzać Biedronce klientów - znów na internetowych forach rozbrzmiewają wrzaski "Panie, ja bardziej potrzebuję, nam do kolekcji brakuje!*" i kolejna delikwentka czeka na wyrok w sprawie kradzieży naklejek. 
Nad Polską znów rozchodzi się aromat cebuli. 
Ale nie pluszowej. 
Mentalnej. 



* - cytaty znalezione w sieci. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Na S.

"[...] Dupa motorem zawsze i wszędzie
Dupa jest hasłem i zawsze będzie
Dupa cię krzepi i dupa rodzi
Dupa nikomu nigdy nie zaszkodzi

Dupa dziewczęta wyciąga z nędzy
Dupa największą kopalnią pieniędzy
Dupa chłopaków jak w banku gromadzi
Dupa frajerów do ołtarza prowadzi

Stąd wynika morał jasny grzmiący jak potężny chór:

Człowiek się rodzi i z dupy wychodzi
Człowiek się żeni na dupę wchodzi
Człowiek umiera na dupie leży
Wszystko na świecie od dupy zależy!
O dupo coś porodziła Cezara i Piasta
Cześć, tobie, dupo, i basta!"
Aleksander Fredro, "Oda do dupy"

Jerzy O., mąż i ojciec, znany szeroko z organizacji ogólnoświatowej akcji charytatywnej na rzecz dzieci i seniorów oraz prowadzenia największego festiwalu muzycznego w Europie, doradził ostatnio Krystynie P., samotnej, bezdzietnej kobiecie znanej szeroko z wpieprzania sałatki w sali sejmowej i obrażania połowy Polaków, co następuje:
"Proszę spróbować seksu".

Natychmiast podniosły się lamenty i okrzyki pełne oburzenia, że jak to tak! Jak on śmiał!
Jak to zwykle bywa, oburzenie wynikało zapewne z nieznajomości tematu. Mechanizm stary jak świat: niewiedza prowadzi do strachu, strach prowadzi do gniewu. Nic więc dziwnego, że pani Krysia wystraszyła się i rozgniewała, słysząc to obce słowo. Nikt wcześniej tak do niej nie mówił, ona zna tylko takie słowa jak dziadyga, niemieckie szmaty, czy kanalie, więc słysząc słowo "seks" nie mogła wiedzieć, czy ktoś jej przypadkiem nie obraża!

To ja może wyjaśnię.

Pani Krysiu, "seks" to nie jest brzydkie słowo. Nikt Pani nie obraził, tylko zachęcił do czynności bardzo pożytecznej, a jednocześnie relaksującej i - o ile oczywiście zachowa się odpowiednie środki ostrożności - zdrowej.
Seks to jest takie coś, kiedy pan i pani bardzo się kochają i chcą być blisko siebie, to przytulają się do siebie bardzo mocno. A im mniej mają na sobie ubrań, tym bliżej siebie mogą być, więc zwykle rozbierają się do naga. I jak tak się mocno do siebie przytulą, to siusiak pana robi się większy i taki bardziej sztywny i zaczyna przeszkadzać w przytulaniu, więc pan go musi gdzieś schować - wtedy pani rozkłada nogi i chowają siusiaka do tej szparki, którą pani robi siusiu. I wtedy są już do siebie bardzo przytuleni i robi im się ciepło od tego przytulenia, zwłaszcza w siusiaka i w szparkę, więc się tam zaczynają pocić. I jak siusiak się już bardzo spoci, to z tego czasem mogą być dzieci.

Dawno już udowodniono korzyści płynące z seksu. Seks uwalnia endorfiny, nazywane "hormonami szczęścia", odpręża, odchudza, a także jest dość kluczowym elementem procesu rozmnażania. A przecież posiadanie potomstwa jest ponoć miłe Bogu, którego imię często Pani przywołuje. Przede wszystkim zaś seks pozwala rozładować frustracje, co z kolei udatnie zmniejsza ryzyko wpadania na debilne pomysły.


Mam nadzieję, Pani Krysiu, że opis nie jest zbyt skomplikowany? W razie pytań chętnie pomogę, a jeśli Pani wszystko zrozumiała, to bardzo proszę opowiedzieć o tym szefowi - niech też się czegoś nowego nauczy. A gdyby szef nie był zainteresowany, to proszę mu powiedzieć, że są też inne rodzaje seksu, na pewno znajdzie coś dla siebie - może wersja z dwoma siusiakami?

wtorek, 1 sierpnia 2017

Jak nie zwariować

Kochani, darujcie mi proszę długą przerwę, dużo różności się działo, kilka punktów dopisałam w życiorysie, kilka dziur w tymże też się zdarzyło. No, generalnie życie się wydarzyło. Ale wracam. 
Wracam, bo wreszcie głowa wolniejsza, bo tarcza zegara jakby obszerniejsza, bo jest o czym pisać, bo ostatnio usłyszałam, że mnie poj#@*$o, że nie piszę. 

Zacznę od krótkiego poradnika, jak nie zwariować. Bo jest od czego wariować. Od mojego ostatniego wpisu zapanował nad nami władca marionetek, dyktator na kaczych łapach, żoliborska stara panna-kociara, Jarosław Kaczyński. No i się zaczęło. A co się zaczęło, to każdy wie, więc nie będę się rozpisywać - papier co prawda jest cierpliwy, ekran monitora tym bardziej, ale wszak tytuł wpisu brzmi "Jak nie zwariować", więc pogłębiać stanu Czytelników nie zamierzam. 
Co zatem możemy zrobić, żeby nie poprawiać wyników sprzedaży chińskim producentom kaftanów bezpieczeństwa? 

1. Wyłączyć internet. 
No dobra, nie tak zaraz-teraz i nie cały. Wyłączyć serwisy informacyjne i media społecznościowe. Jedno i drugie zalewa teraz masa sensacyjnych gdybań, niesprawdzonych newsów, a wszystko oblane jadem jak budka telefoniczna różowym kisielem w filmie "Blob-zabójca". 
Ale pamiętajmy, że Internet to wciąż praktycznie nielimitowane źródło wiedzy i rozrywki, dlatego zamiast odwiedzania stron informacyjnych i tworów Twittero- i Facebookopodobnych, proponuję: 
a) Obejrzeć ciekawy serial - aktualnie oferta serialowa jest bogatsza od propozycji kinowych, więc czemu nie nalać sobie wina, zrobić wiadra popcornu i nie włączyć "Orange is the new black", "House of Cards" czy "Żywych trupów"? 
b) Odwiedzić kilka stron popularnonaukowych i dowiedzieć się, co to jest holotyp, do czego indiańskie plemię Gitksan wykorzystywało korzeń czermieni błotnej albo w jakich porach najlepiej obserwować konstelację Ursa Maior. 
c) Przegrzebać strony typu YouTube i Vimeo w poszukiwaniu filmów instruktażowych i nauczyć się nowego rzemiosła - wierzcie mi, że znajdziecie tam wszystko od kursów gry na flecie po ciesiołkę. 
d) Przegrzebać ww. strony i odkryć nowego ulubionego artystę - kto wie, może gdzieś między śmiesznymi kotkami a relacją z jedzenia hot dogów na czas kryje się nowy Bowie? 
e) Obejrzeć gustowne porno. 
f) Obejrzeć całkowicie gówniane porno, bo naprawdę wszystko jest lepsze od rewelacji płynących z mediów. 

Wiem, że dla niektórych serwisy informacyjne i media społecznościowe są już niemal nałogiem, dlatego podzielę się sposobem, który sama stosuję od czasu do czasu, kiedy czuję, że mam ochotę na medialny detoks: zablokujcie te strony. Serio - jest taka opcja chyba w każdej przeglądarce, żeby po prostu wskazane strony się nie wyświetlały. Więc nawet gdyby Was korciło, albo zwyczajnie z przyzwyczajenia próbowalibyście wejść na ulubiony serwis, strona po prostu się nie wyświetli. Działa! 

2. Wziąć się za lekturę kilkutomowej powieści.
Bierzecie taką sagę, która składa się z przynajmniej trzech książek, i wciągacie się w nią po uszy. Przestaje Was interesować wszystko, co nie dotyczy ulubionego bohatera powieści. A jak wgryziecie się np. w "Sagę lodu i ognia" (potocznie zwaną "Grą o Tron"), to nawet nie zatęsknicie za rzeczywistością, bo tam jest taka sama sieczka, jak u nas, tylko że tam sprawy załatwia się szybciej i bardziej krwawo. 

3. Zweryfikować grono znajomych. 
Nie mówię od razu, żeby zaszywać się w puszczy (Kampinoskiej raczej, bo Białowieska zaraz nie będzie puszczą), ale warto przemyśleć, z kim umawiamy się na kawę/piwo i czy nie lepiej wybrać alternatywne sposoby spędzania czasu. A jeśli nasi najbliżsi przyjaciele nie mogą się powstrzymać od komentowania spraw bieżących, wymuście na nich milczenie, zabierając ich na przykład do teatru. 

4. Pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady. 
Serio. 
Kierunek w Bieszczady jest o tyle dobry, że póki co żaden szyszkownik nie zdradza planów wycinki świerków na Otrycie, a w razie gdyby sytuacja miała się pogarszać, można szybko czmychnąć do bardziej demokratycznego kraju - na przykład na Ukrainę. 

5. Pójść do parku rozrywki, spaść z trampoliny na głowę, zapaść w śpiączkę pourazową i obudzić się, kiedy już na drzewach zamiast liści będą wisieć... plakaty i banery pozostawione po kolejnych wyborach. 

6. Wyjechać z kraju. 
Ale najpierw uważnie przestudiować sytuację geopolityczną na świecie i głęboko zastanowić się nad kierunkiem migracji. Bo tu jest źle, ale trzeba pamiętać, że najlepsze miejsce na namiot jest zawsze kawałek dalej, a trawa zawsze jest zieleńsza po drugiej stronie płotu, bo zwykle jest nawożona gównoprawdą.

7. Rozwiązanie doraźne: zrobić sobie wakacje. 
Pogoda zagościła u nas odpowiednia. Powietrze gorące i lepkie jak uda kochanki nie zachęca raczej do kiblowania w domu czy w pracy, więc uciekajmy nad wodę. Sprawdzone info: przez szum tataraku nie przebija się szum medialny. 


Można też jednak walczyć, nie poddawać się, próbować zmieniać to polskie piekiełko. W wielu jeszcze tli się przecież nadzieja, co chwila tłumy wychodzą na ulice i wznoszą okrzyki licząc, że ktoś nas usłyszy i zrozumie, że to woła suweren, a nie element animalny. 
Tylko zastanówmy się, czy w kraju, w którym ruch faszystowski organizuje marsze pod patronatem władzy, jest jeszcze o co walczyć. 

czwartek, 5 czerwca 2014

Nie krzyżujcie mnie!

Jestem obywatelką Rzeczpospolitej Polskiej. Z tego tytułu wynikają moje prawa i obowiązki, których ramy określone są w najważniejszym dokumencie – Konstytucji RP z 2.04.1997. W jej treści znajdujemy między innymi takie zapisy:

[Preambuła]
(…)my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski (…)

Art. 25. Ust. 2
Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.

Art. 25 Ust. 3
Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.

Art. 30.

Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.

Art. 31. Ust. 2
Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.

Art. 53.
1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii.
2. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują.
3. Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Przepis art. 48 ust. 1 stosuje się odpowiednio.
4. Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.
5. Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób.
6. Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych.
7. Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Tyle w teorii.
Teraz nieco o praktyce.

Przez pewien czas mieszkałam w bliskim sąsiedztwie kościoła. W miesiącach wiosennych i letnich niedzielne msze puszczano przez głośniki zamontowane na zewnątrz budynku. Również te poranne nabożeństwa, zaczynające się o 7 rano. W związku z tym co niedzielę rano organista budził mnie pieśniami religijnymi. Poprosiłam księdza, aby jednak wcześnie rano odpuścić sobie te głośniki – wszak o tej porze nie ma jeszcze w kościele takich tłumów, by ludzie musieli uczestniczyć we mszy stojąc na zewnątrz. Nie nalegałam, by msza nie była odprawiana, nie domagałam się całkowitego wyłączenia sprzętu – prosiłam jedynie o poszanowanie mojego prawa do ciszy i wypoczynku w dzień wolny.
Prośba została zignorowana. Wciąż musiałam w niedzielny poranek słuchać obrzędów religii, której nie wyznaję.

Później wyszła na jaw sprawa pedofilii w kościele i abp Michalik stwierdził, że winę za taki stan rzeczy (przypomnę: gwałty na dzieciach, dokonywane przez dorosłych mężczyzn wykonujących zawód o wysokim zaufaniu publicznym) ponoszą feministki oraz rozwodzący się rodzice. Nie mogłam tego przemilczeć, nie godzę się na to, by winą za przestępstwa obarczać niewinnych. Napisałam więc felieton do lokalnej gazety, krytykujący wypowiedź abpa Michalika. Pierwotnie odmówiono mi publikacji, musiało dojść do ostrych słownych przepychanek, by tekst pojawił się w gazecie. Udało się, materiał poszedł. Do redakcji przyszedł list z komentarzem czytelnika. Autor przyjął założenia wobec mojej osoby, założenia mylne i krzywdzące, dodatkowo określił mnie mianem „demagoga”, ponieważ ponoć odmówiłam księdzu prawa do swobodnej wypowiedzi. Rozumiem, że swobodną wypowiedzią miało tu być zwalenie winy za pedofilski gwałt na rodziców i ubiegające się o swoje prawa kobiety.
List został opublikowany na łamach, a ja przygotowałam pisemną odpowiedź, wyjaśniającą mój punkt widzenia na wypowiedzi abpa Michalika i prostujący wspomniane założenia wobec mnie.
Mojej odpowiedzi nie opublikowano. 

Niedawno gruchnął temat Deklaracji Wiary, według której lekarz ma prawo odmówić mi leczenia, które jest niezgodne z jego wiarą. Interpretacja Deklaracji jest stosunkowo prosta: żadnej antykoncepcji, ale też żadnego leczenia niepłodności. A jeśli już spodziewam się dziecka, żadnego prowadzenia ciąży, o ile nie pokażę aktu zawarcia małżeństwa. Pytanie, czy akceptowany jest akt ślubu cywilnego, czy też wymagany jest ślub kościelny, pozostaje bez odpowiedzi.
Jako ateistka, nie mogę korzystać z dobrodziejstw współczesnej nauki, z którymi nie po drodze jest przedstawicielom religii akurat dominującej w moim kraju.

Teraz znów przyszedł list do redakcji. „Cholera, co znowu?”, pomyślałam.
List dotyczył tekstu o… rowerze. A konkretniej – były to moje spostrzeżenia na temat prób współistnienia na drodze kierowców, pieszych i rowerzystów. Autorka tekstu zrugała mnie za nieprzestrzeganie przykazań zapisanych w Starym Testamencie i nie siląc się na formy grzecznościowe nakazała mi poprawę. O co poszło? O użyty w tekście zwrot „Rany boskie!”. Wiem, że to może wydać się zabawne, wręcz kuriozalne, ale była to kropla, która przelała czarę goryczy, bo takich sytuacji było znacznie, znacznie więcej.

Nie urodziłam się ateistką. Jak zdecydowana większość, zostałam ochrzczona. Sakrament przyjęłam jako dziecko tak malutkie, że nie wiedziałam, co się dzieje, nie mówiąc już o jakiejkolwiek próbie sprzeciwu. Bezwłasnowolnie zostałam włączona do społeczności wyznaniowej. W dzieciństwie nie ciągnęło mnie do kościoła – cóż może być ciekawego w trwającym mniej więcej godzinę, pełnym rytuałów nabożeństwie, podczas którego tłum mętnie śpiewa smętne pieśni pod wodzą fałszującego organisty? Teraz siadamy, teraz wstajemy, teraz klękamy i nawet nie wolno nam się porozglądać, bo nie wypada. W rodzinie, tej samej, która mnie ochrzciła, nikt nie kwapił się, by objaśnić mi, czym jest ta „tajemnica wiary”, o której mówił ksiądz, nikt nie wyprowadził mnie z błędu, kiedy wyobraźnia poniosła mnie przy słowach o baranku bożym, który gładzi (nie od zgładzania, ale od gładzenia) grzechy świata. Miałam za to babcię, która karała mnie, jeśli nie zapamiętałam kazania. Szybko więc zaczęłam unikać kościoła, kłamać babci na ten temat, a w rezultacie – unikać jej.

W drugiej klasie podstawówki, jak wszystkie dzieciaki, przyjęłam komunię. Dzisiaj z uroczystości pamiętam tyle, że dostałam w prezencie Pegasusa i zegarek, a w czasie samej mszy kłuła mnie szpilka, którą przypięty miałam znaczek-oznaczenie dla fotografa, że moi rodzice zapłacili za zdjęcia, więc należy mi je robić.

W wieku mniej więcej 15-16 lat, na krótko przed bierzmowaniem, bardzo intensywnie szukałam w sobie wiary. Wielokrotnie czytałam Biblię, interpretowałam ją, starałam się zrozumieć. I tu nastąpił potężny zgrzyt – z jednej strony to, co czytałam, wydawało mi się mądre, prawdziwe i uniwersalne, z drugiej zaś widziałam ludzi, którzy jawnie deklarowali swoją religijność i życie według reguł Pisma Świętego, choć ich zachowania były pełne bigoterii i fałszu. Poszukiwanie wiary zmieniło się w wątpienie, postanowiłam porozmawiać o tym z księdzem. Oskarżył mnie o bluźnierstwo, całym sobą wyrażał taką niechęć i pogardę, że szybko stamtąd uciekłam. I uciekłam od wiary, decydując się szukać odpowiedzi w nauce i filozofii. Z biegiem czasu wypracowałam przekonanie, że podstawowym prawem, rządzącym ludzkim życiem, jest prawo ciągu przyczynowo-skutkowego – tam, gdzie gorliwie wierzący widzą boską interwencję, ja widzę cykl decyzji, które owocują określonym splotem wydarzeń.

Jeśli chodzi o moje podejście do osób wierzących, przez długi czas traktowałam je ze złośliwością, nawet lekką wyższością. Teraz widzę, że było to w znacznym stopniu podyktowane postawą drugiej strony – byłam atakowana jako ateistka, więc jako ateistka atakowałam wierzących. Agresja rodzi agresję – to prawda stara jak świat. Dopiero niedawno, z pomocą kilku bardzo mądrych ludzi, którzy pojawili się w moim otoczeniu, udało mi się przerwać ten zaklęty krąg i zaakceptować fakt, że inni mogą żyć wedle własnych przekonań i nic mi do tego.
Oczywiście, reaguję w sytuacjach takich, jak wspomniana Deklaracja Wiary czy sławetna ideologia gender, ale reaguję tylko dlatego, że ma to wpływ na społeczeństwo i – co za tym idzie – również na mnie. Dopóki jednak zachowujesz swoją wiarę dla siebie i nie wymagasz ode mnie postępowania według niej – rób, co chcesz.

Każdy, kto mnie spotkał, wie, że jestem osobą tolerancyjną, a jedyne, czego nie jestem w stanie zaakceptować, to bezmyślność. Nie zabijam, nie kradnę, nie obrażam, nie zdradzam, nie łamię żadnego ze starotestamentowych przykazań częściej, niż to leży w ludzkiej naturze. Wręcz przeciwnie, postrzegam siebie jako dobrego człowieka. Nie przejdę obojętnie obok kogoś, kto potrzebuje pomocy. Przez 18 lat aktywnie działałam na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trzykrotnie, w 1997, 2001 i 2010 pomagałam powodzianom – wpłacając pieniądze, zbierając dary, pracując fizycznie przy umacnianiu wałów. Jestem honorowym dawcą krwi. Przeszłam szkolenia z pierwszej pomocy, by móc jej udzielać w razie potrzeby. Kiedy widzę bezdomnego na ulicy, wspieram go – finansowo bądź kupując mu posiłek. Kocham zwierzęta – wszystkie psy, jakie kiedykolwiek pojawiały się w moim domu, były przybłędami, przygarniętymi z dobroci serca (suczkę, która mieszka z nami teraz, przygarnęliśmy, kiedy była jeszcze ślepa. Musieliśmy wstawać w nocy i karmić ją z butelki ciepłym mlekiem, ale nikt nie narzekał – tak trzeba było). Do każdego człowieka podchodzę z szacunkiem, dopóki nie pokaże, że na ten szacunek nie zasługuje – mam bowiem swoją godność i będę jej bronić. 
Oczywiście, powyższy akapit pokazuje tylko część mojej osobowości – jak każdy śmiertelnik popełniam błędy, głupoty, wpadam w gniew, w pierwszym odruchu kieruję się uprzedzeniami. Nigdy jednak nikomu nie wyrządziłam świadomie krzywdy. Nie narzucam nikomu swoich poglądów. Jasne, chętnie o nich porozmawiam, wymienię opinie – jestem wielbicielką dobrej, stymulującej dyskusji – nigdy jednak nie wyjdę trzaskając drzwiami, gdy mój rozmówca nie przyzna mi racji.

Czym w takim razie zasłużyłam sobie na ostracyzm?

Zewsząd słyszę głosy, że osoby religijne są prześladowane, że nie pozwala im się na praktykowanie swojej wiary, przeszkadza w jej celebrowaniu. Jak ja to widzę? Ja widzę księdza budzącego mnie w wolny dzień swoimi obrzędami. Widzę lekarza, który rości sobie prawo do odmówienia mi pomocy. Widzę człowieka patrzącego na mnie z obrzydzeniem tylko dlatego, że nie uczestniczę we mszy. Słyszę obelgi lecące w moją stronę, kiedy odważę się głośno przyznać, że nie wierzę w zmartwychwstanie Jezusa. Nie mogę wykorzystać wolnego dnia, jaki przypada ustawowo z racji święta kościelnego, na koszenie trawy, by nie narazić się na oburzenie religijnego sąsiada, dla którego moje zachowanie jest karygodne.
Tak ja to widzę.

Nie będę nikogo tu nawracać. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że wiara nie ma sensu – bo wiem, że ma. Wielu wiara jest potrzebna i nie ma w tym nic złego. Tak długo, jak nie cierpią z tego powodu inni.
Proszę – ja nie wyśmiewam waszej wiary we wniebowzięcie, więc wy nie wyśmiewajcie mojej w to niewiary. I uwierzcie proszę, że moja deklaracja ateizmu nie jest atakiem na waszą religijność. Nie dyskryminuję katolików za wyznawanie rzeczy, które ja wkładam między bajki (z naciskiem na JA – ja w nie nie wierzę, ale nikomu tego nie zabraniam). Nie obrażam nikogo za jego obecność na niedzielnej mszy. I proszę tylko o to samo – nie szydźcie ze mnie, nie obrażajcie, nie dyskryminujcie.

Nie urządzajmy sobie wzajemnie piekła.

wtorek, 12 listopada 2013

Pięć porcji warzyw lub owoców dziennie? A pięć kieliszków wina może być?

Do Szanownej Pani Matki Natury

Ziemia, Układ Słoneczny, Wszechświat

Wielce Szanowna Pani,

W pierwszych słowach mego listu pragnę Pani bardzo serdecznie podziękować za systemy, jakie zostały mi wbudowane w standardzie.
W szczególności chylę czoła za dodatkową pracę, jaką włożyła Pani w ukształtowanie mojego biustu oraz wyposażenie mnie w umiejętność posługiwania się piórem.

Mimo niewątpliwych talentów, jakimi wykazała się Pani w procesie twórczym, chciałabym jednak zwrócić uwagę na kilka błędów systemowych, które wkradły się w model HomoSapiens 1.0.

Po pierwsze, brakuje funkcji przełączenia w stan czuwania. Jak telewizor można jednym przyciskiem przełączyć na tryb stand-by, tak człowiek niestety pozostaje w trybie ON do czasu samoistnej hibernacji części uruchomionych aplikacji, która w niektórych przypadkach zajmuje zdecydowanie zbyt wiele czasu. Taki stan rzeczy powoduje nadmierne zużycie energii bez możliwości ładowania.

Skoro już jesteśmy przy temacie energii, gratuluję pomysłu zaimplementowania kofeiny jako doraźnej ładowarki mobilnej. Tu również jednak pojawił się nieprzyjemny bug – już jednorazowe podłączenie do kofeiny może spowodować załadowanie wirusa. Z pozoru niewinny, wywołuje stan pośredni pomiędzy trybem działania i całkowitym wyłączeniem, z którego organizm wychodzi dopiero po ponownym podłączeniu do wspomnianej ładowarki. Dopóki podłączenie nie nastąpi, człowiek znajduje się w stanie letargu, w którym funkcje komunikacyjne są znikome, zaś percepcja ciągu przyczynowo-skutkowego pozostaje całkowicie wyłączona.

System ROZUM, choć niewątpliwie najbardziej zaawansowany technicznie, nie daje się w stu procentach kontrolować. ROZUM czasami się zawiesza, co może prowadzić do zaburzeń pracy takich systemów jak KOORDYNACJA RUCHOWA i KOMUNIKACJA, co z kolei może wywołać fizyczne uszkodzenia całego mechanizmu. Na domiar złego, generowane losowo przez aplikację WYOBRAŹNIA obrazy potrafią zaburzyć funkcjonowanie pozostałych systemów oraz poważnie naruszyć oprogramowanie FUNKCJONOWANIE W SPOŁECZEŃSTWIE, uruchamiając w trybie awaryjnym NERWOWOŚĆ lub NIEZROZUMIAŁY ŚMIECH. 

Pozostając w temacie ROZUMu, pragnę zaalarmować, iż nowsze partie modelu HomoSapiens 1.0 zostały wyposażone w ewidentnie wadliwe egzemplarze tego systemu. Nie jestem pewna, czy to usterka hardware'owa, czy też bug oprogramowania, ale sugeruję rozważenie twardego resetu przy użyciu oprogramowania DARWIN. 

Na koniec pragnę zwrócić uwagę na podzespół, który najwyraźniej został zaimplementowany, nim przeszedł pomyślnie fazę testów - SERCE.
Otóż SERCE okazuje się  niezwykle podatne na wirusy; w przypadku infekcji drugim modelem HomoSapiens, SERCE uderza strasznie mocno, wywołując jednocześnie nadmierną wilgotność rąk, rumieńce na policzkach i błyszczenie oczu.  Zdecydowanie powinna istnieć możliwość zrestartowania SERCE'a poprzez komendę ROZUMu.

Domyślam się, że w moim przypadku, jako że jestem egzemplarzem kompletnym i zdecydowanie używanym, powyższa reklamacja nie zostanie uznana, jednak w trosce o przyszłe pokolenia sugeruję rozważenie powyższych uwag.


Z wyrazami szacunku,
Karlusia

wtorek, 5 listopada 2013

O masz! Wtorek!

Dni ciekną przez palce z zastraszającą prędkością. Ani się człowiek obejrzał, już zrobił się listopad. Tempo życia rośnie, tu i ówdzie przebłyskuje rutyna i nagle człowiek kompletnie traci orientację w kalendarzu. W dodatku pogoda nie pomaga, uparcie utrzymując, że jest złotą polską, przypadającą zwykle na przełom września i października.
Pociesza mnie, że nie tylko ja tracę poczucie czasu. Ba - są gorsi. Tacy, którym się wydaje, że wciąż trwa Średniowiecze. Mówię oczywiście o moich ulubieńcach w czarnych szatach. Ach, czego to ostatnio nie usłyszeliśmy od tych oświeconych głów! Za każdym razem, kiedy któremuś z purpuratów otwierały się usta, mnie otwierał się nóż w kieszeni. 

Nie mam ochoty przytaczać tu tych kalumni, rzuconych między innymi w moją stronę. Pragnę tylko przypomnieć moim czarno odzianym pupilom, że Średniowiecze dobiegło końca i wróg czyha już gdzie indziej. Grube mury może i chroniły chutliwego proboszcza przed widłami gniewnych wieśniaków, ale czasy się zmieniły, a co za tym idzie - widły też już nie te. 

I już, i starczy. Więcej już nie będę o tym pisać, bo wszystko zostało już napisane i powiedziane. 
Zresztą, zanim dopisałam poprzedni akapit zadzwonił do mnie przyjaciel i wyrwał mnie z toku myślowego, przy okazji całkowicie odprężając. Wierzyć się nie chce, że znamy się dwie dekady, a ciągle mamy ze sobą o czym rozmawiać - aż dziwne. Czy człowiek nie powinien mieć jakiegoś limitu słów i tematów do wyczerpania z daną osobą? Z wieloma ludźmi taki limit już wyczerpałam - powiedzieliśmy sobie, co mieliśmy do powiedzenia i każde poszło w swoją stronę. A tymczasem z P. w jednej tylko rozmowie potrafimy prześlizgnąć się po kilkunastu tematach, jednocześnie nie musząc kończyć żadnego zdania, bo to drugie już wie, co to pierwsze chciało powiedzieć. Z jednej strony to fantastyczne uczucie mieć takiego kumpla, z drugiej zaś - przerażające, jak dobrze ten drugi człowiek mnie zna. Jest jeszcze trzecia strona - to zadziwiające, że jeszcze się nie pozabijaliśmy. Ale to akurat kwestia czasu - razem z P. organizujemy od jakiegoś czasu Finały WOŚP w Piasecznie i przy tej okazji jedno drugiemu w końcu sprzeda plombę. 

Jakaś puenta tego chaosu dzisiejszego? Może taka, że trzeba mieć przyjaciela, przynajmniej jednego. A jeszcze lepiej mieć więcej. Ale bez przesady - jeśli komuś się wydaje, że ma całe stada przyjaciół, to nie ma ich wcale. W moim przypadku mogę mówić o czterech tak bliskich mi osobach.
Miejcie więc przyjaciół. 
Przyjaciele są potrzebni do życia.