czwartek, 5 czerwca 2014

Nie krzyżujcie mnie!

Jestem obywatelką Rzeczpospolitej Polskiej. Z tego tytułu wynikają moje prawa i obowiązki, których ramy określone są w najważniejszym dokumencie – Konstytucji RP z 2.04.1997. W jej treści znajdujemy między innymi takie zapisy:

[Preambuła]
(…)my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski (…)

Art. 25. Ust. 2
Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.

Art. 25 Ust. 3
Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.

Art. 30.

Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.

Art. 31. Ust. 2
Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.

Art. 53.
1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii.
2. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują.
3. Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Przepis art. 48 ust. 1 stosuje się odpowiednio.
4. Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.
5. Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób.
6. Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych.
7. Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Tyle w teorii.
Teraz nieco o praktyce.

Przez pewien czas mieszkałam w bliskim sąsiedztwie kościoła. W miesiącach wiosennych i letnich niedzielne msze puszczano przez głośniki zamontowane na zewnątrz budynku. Również te poranne nabożeństwa, zaczynające się o 7 rano. W związku z tym co niedzielę rano organista budził mnie pieśniami religijnymi. Poprosiłam księdza, aby jednak wcześnie rano odpuścić sobie te głośniki – wszak o tej porze nie ma jeszcze w kościele takich tłumów, by ludzie musieli uczestniczyć we mszy stojąc na zewnątrz. Nie nalegałam, by msza nie była odprawiana, nie domagałam się całkowitego wyłączenia sprzętu – prosiłam jedynie o poszanowanie mojego prawa do ciszy i wypoczynku w dzień wolny.
Prośba została zignorowana. Wciąż musiałam w niedzielny poranek słuchać obrzędów religii, której nie wyznaję.

Później wyszła na jaw sprawa pedofilii w kościele i abp Michalik stwierdził, że winę za taki stan rzeczy (przypomnę: gwałty na dzieciach, dokonywane przez dorosłych mężczyzn wykonujących zawód o wysokim zaufaniu publicznym) ponoszą feministki oraz rozwodzący się rodzice. Nie mogłam tego przemilczeć, nie godzę się na to, by winą za przestępstwa obarczać niewinnych. Napisałam więc felieton do lokalnej gazety, krytykujący wypowiedź abpa Michalika. Pierwotnie odmówiono mi publikacji, musiało dojść do ostrych słownych przepychanek, by tekst pojawił się w gazecie. Udało się, materiał poszedł. Do redakcji przyszedł list z komentarzem czytelnika. Autor przyjął założenia wobec mojej osoby, założenia mylne i krzywdzące, dodatkowo określił mnie mianem „demagoga”, ponieważ ponoć odmówiłam księdzu prawa do swobodnej wypowiedzi. Rozumiem, że swobodną wypowiedzią miało tu być zwalenie winy za pedofilski gwałt na rodziców i ubiegające się o swoje prawa kobiety.
List został opublikowany na łamach, a ja przygotowałam pisemną odpowiedź, wyjaśniającą mój punkt widzenia na wypowiedzi abpa Michalika i prostujący wspomniane założenia wobec mnie.
Mojej odpowiedzi nie opublikowano. 

Niedawno gruchnął temat Deklaracji Wiary, według której lekarz ma prawo odmówić mi leczenia, które jest niezgodne z jego wiarą. Interpretacja Deklaracji jest stosunkowo prosta: żadnej antykoncepcji, ale też żadnego leczenia niepłodności. A jeśli już spodziewam się dziecka, żadnego prowadzenia ciąży, o ile nie pokażę aktu zawarcia małżeństwa. Pytanie, czy akceptowany jest akt ślubu cywilnego, czy też wymagany jest ślub kościelny, pozostaje bez odpowiedzi.
Jako ateistka, nie mogę korzystać z dobrodziejstw współczesnej nauki, z którymi nie po drodze jest przedstawicielom religii akurat dominującej w moim kraju.

Teraz znów przyszedł list do redakcji. „Cholera, co znowu?”, pomyślałam.
List dotyczył tekstu o… rowerze. A konkretniej – były to moje spostrzeżenia na temat prób współistnienia na drodze kierowców, pieszych i rowerzystów. Autorka tekstu zrugała mnie za nieprzestrzeganie przykazań zapisanych w Starym Testamencie i nie siląc się na formy grzecznościowe nakazała mi poprawę. O co poszło? O użyty w tekście zwrot „Rany boskie!”. Wiem, że to może wydać się zabawne, wręcz kuriozalne, ale była to kropla, która przelała czarę goryczy, bo takich sytuacji było znacznie, znacznie więcej.

Nie urodziłam się ateistką. Jak zdecydowana większość, zostałam ochrzczona. Sakrament przyjęłam jako dziecko tak malutkie, że nie wiedziałam, co się dzieje, nie mówiąc już o jakiejkolwiek próbie sprzeciwu. Bezwłasnowolnie zostałam włączona do społeczności wyznaniowej. W dzieciństwie nie ciągnęło mnie do kościoła – cóż może być ciekawego w trwającym mniej więcej godzinę, pełnym rytuałów nabożeństwie, podczas którego tłum mętnie śpiewa smętne pieśni pod wodzą fałszującego organisty? Teraz siadamy, teraz wstajemy, teraz klękamy i nawet nie wolno nam się porozglądać, bo nie wypada. W rodzinie, tej samej, która mnie ochrzciła, nikt nie kwapił się, by objaśnić mi, czym jest ta „tajemnica wiary”, o której mówił ksiądz, nikt nie wyprowadził mnie z błędu, kiedy wyobraźnia poniosła mnie przy słowach o baranku bożym, który gładzi (nie od zgładzania, ale od gładzenia) grzechy świata. Miałam za to babcię, która karała mnie, jeśli nie zapamiętałam kazania. Szybko więc zaczęłam unikać kościoła, kłamać babci na ten temat, a w rezultacie – unikać jej.

W drugiej klasie podstawówki, jak wszystkie dzieciaki, przyjęłam komunię. Dzisiaj z uroczystości pamiętam tyle, że dostałam w prezencie Pegasusa i zegarek, a w czasie samej mszy kłuła mnie szpilka, którą przypięty miałam znaczek-oznaczenie dla fotografa, że moi rodzice zapłacili za zdjęcia, więc należy mi je robić.

W wieku mniej więcej 15-16 lat, na krótko przed bierzmowaniem, bardzo intensywnie szukałam w sobie wiary. Wielokrotnie czytałam Biblię, interpretowałam ją, starałam się zrozumieć. I tu nastąpił potężny zgrzyt – z jednej strony to, co czytałam, wydawało mi się mądre, prawdziwe i uniwersalne, z drugiej zaś widziałam ludzi, którzy jawnie deklarowali swoją religijność i życie według reguł Pisma Świętego, choć ich zachowania były pełne bigoterii i fałszu. Poszukiwanie wiary zmieniło się w wątpienie, postanowiłam porozmawiać o tym z księdzem. Oskarżył mnie o bluźnierstwo, całym sobą wyrażał taką niechęć i pogardę, że szybko stamtąd uciekłam. I uciekłam od wiary, decydując się szukać odpowiedzi w nauce i filozofii. Z biegiem czasu wypracowałam przekonanie, że podstawowym prawem, rządzącym ludzkim życiem, jest prawo ciągu przyczynowo-skutkowego – tam, gdzie gorliwie wierzący widzą boską interwencję, ja widzę cykl decyzji, które owocują określonym splotem wydarzeń.

Jeśli chodzi o moje podejście do osób wierzących, przez długi czas traktowałam je ze złośliwością, nawet lekką wyższością. Teraz widzę, że było to w znacznym stopniu podyktowane postawą drugiej strony – byłam atakowana jako ateistka, więc jako ateistka atakowałam wierzących. Agresja rodzi agresję – to prawda stara jak świat. Dopiero niedawno, z pomocą kilku bardzo mądrych ludzi, którzy pojawili się w moim otoczeniu, udało mi się przerwać ten zaklęty krąg i zaakceptować fakt, że inni mogą żyć wedle własnych przekonań i nic mi do tego.
Oczywiście, reaguję w sytuacjach takich, jak wspomniana Deklaracja Wiary czy sławetna ideologia gender, ale reaguję tylko dlatego, że ma to wpływ na społeczeństwo i – co za tym idzie – również na mnie. Dopóki jednak zachowujesz swoją wiarę dla siebie i nie wymagasz ode mnie postępowania według niej – rób, co chcesz.

Każdy, kto mnie spotkał, wie, że jestem osobą tolerancyjną, a jedyne, czego nie jestem w stanie zaakceptować, to bezmyślność. Nie zabijam, nie kradnę, nie obrażam, nie zdradzam, nie łamię żadnego ze starotestamentowych przykazań częściej, niż to leży w ludzkiej naturze. Wręcz przeciwnie, postrzegam siebie jako dobrego człowieka. Nie przejdę obojętnie obok kogoś, kto potrzebuje pomocy. Przez 18 lat aktywnie działałam na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trzykrotnie, w 1997, 2001 i 2010 pomagałam powodzianom – wpłacając pieniądze, zbierając dary, pracując fizycznie przy umacnianiu wałów. Jestem honorowym dawcą krwi. Przeszłam szkolenia z pierwszej pomocy, by móc jej udzielać w razie potrzeby. Kiedy widzę bezdomnego na ulicy, wspieram go – finansowo bądź kupując mu posiłek. Kocham zwierzęta – wszystkie psy, jakie kiedykolwiek pojawiały się w moim domu, były przybłędami, przygarniętymi z dobroci serca (suczkę, która mieszka z nami teraz, przygarnęliśmy, kiedy była jeszcze ślepa. Musieliśmy wstawać w nocy i karmić ją z butelki ciepłym mlekiem, ale nikt nie narzekał – tak trzeba było). Do każdego człowieka podchodzę z szacunkiem, dopóki nie pokaże, że na ten szacunek nie zasługuje – mam bowiem swoją godność i będę jej bronić. 
Oczywiście, powyższy akapit pokazuje tylko część mojej osobowości – jak każdy śmiertelnik popełniam błędy, głupoty, wpadam w gniew, w pierwszym odruchu kieruję się uprzedzeniami. Nigdy jednak nikomu nie wyrządziłam świadomie krzywdy. Nie narzucam nikomu swoich poglądów. Jasne, chętnie o nich porozmawiam, wymienię opinie – jestem wielbicielką dobrej, stymulującej dyskusji – nigdy jednak nie wyjdę trzaskając drzwiami, gdy mój rozmówca nie przyzna mi racji.

Czym w takim razie zasłużyłam sobie na ostracyzm?

Zewsząd słyszę głosy, że osoby religijne są prześladowane, że nie pozwala im się na praktykowanie swojej wiary, przeszkadza w jej celebrowaniu. Jak ja to widzę? Ja widzę księdza budzącego mnie w wolny dzień swoimi obrzędami. Widzę lekarza, który rości sobie prawo do odmówienia mi pomocy. Widzę człowieka patrzącego na mnie z obrzydzeniem tylko dlatego, że nie uczestniczę we mszy. Słyszę obelgi lecące w moją stronę, kiedy odważę się głośno przyznać, że nie wierzę w zmartwychwstanie Jezusa. Nie mogę wykorzystać wolnego dnia, jaki przypada ustawowo z racji święta kościelnego, na koszenie trawy, by nie narazić się na oburzenie religijnego sąsiada, dla którego moje zachowanie jest karygodne.
Tak ja to widzę.

Nie będę nikogo tu nawracać. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że wiara nie ma sensu – bo wiem, że ma. Wielu wiara jest potrzebna i nie ma w tym nic złego. Tak długo, jak nie cierpią z tego powodu inni.
Proszę – ja nie wyśmiewam waszej wiary we wniebowzięcie, więc wy nie wyśmiewajcie mojej w to niewiary. I uwierzcie proszę, że moja deklaracja ateizmu nie jest atakiem na waszą religijność. Nie dyskryminuję katolików za wyznawanie rzeczy, które ja wkładam między bajki (z naciskiem na JA – ja w nie nie wierzę, ale nikomu tego nie zabraniam). Nie obrażam nikogo za jego obecność na niedzielnej mszy. I proszę tylko o to samo – nie szydźcie ze mnie, nie obrażajcie, nie dyskryminujcie.

Nie urządzajmy sobie wzajemnie piekła.

wtorek, 12 listopada 2013

Pięć porcji warzyw lub owoców dziennie? A pięć kieliszków wina może być?

Do Szanownej Pani Matki Natury

Ziemia, Układ Słoneczny, Wszechświat

Wielce Szanowna Pani,

W pierwszych słowach mego listu pragnę Pani bardzo serdecznie podziękować za systemy, jakie zostały mi wbudowane w standardzie.
W szczególności chylę czoła za dodatkową pracę, jaką włożyła Pani w ukształtowanie mojego biustu oraz wyposażenie mnie w umiejętność posługiwania się piórem.

Mimo niewątpliwych talentów, jakimi wykazała się Pani w procesie twórczym, chciałabym jednak zwrócić uwagę na kilka błędów systemowych, które wkradły się w model HomoSapiens 1.0.

Po pierwsze, brakuje funkcji przełączenia w stan czuwania. Jak telewizor można jednym przyciskiem przełączyć na tryb stand-by, tak człowiek niestety pozostaje w trybie ON do czasu samoistnej hibernacji części uruchomionych aplikacji, która w niektórych przypadkach zajmuje zdecydowanie zbyt wiele czasu. Taki stan rzeczy powoduje nadmierne zużycie energii bez możliwości ładowania.

Skoro już jesteśmy przy temacie energii, gratuluję pomysłu zaimplementowania kofeiny jako doraźnej ładowarki mobilnej. Tu również jednak pojawił się nieprzyjemny bug – już jednorazowe podłączenie do kofeiny może spowodować załadowanie wirusa. Z pozoru niewinny, wywołuje stan pośredni pomiędzy trybem działania i całkowitym wyłączeniem, z którego organizm wychodzi dopiero po ponownym podłączeniu do wspomnianej ładowarki. Dopóki podłączenie nie nastąpi, człowiek znajduje się w stanie letargu, w którym funkcje komunikacyjne są znikome, zaś percepcja ciągu przyczynowo-skutkowego pozostaje całkowicie wyłączona.

System ROZUM, choć niewątpliwie najbardziej zaawansowany technicznie, nie daje się w stu procentach kontrolować. ROZUM czasami się zawiesza, co może prowadzić do zaburzeń pracy takich systemów jak KOORDYNACJA RUCHOWA i KOMUNIKACJA, co z kolei może wywołać fizyczne uszkodzenia całego mechanizmu. Na domiar złego, generowane losowo przez aplikację WYOBRAŹNIA obrazy potrafią zaburzyć funkcjonowanie pozostałych systemów oraz poważnie naruszyć oprogramowanie FUNKCJONOWANIE W SPOŁECZEŃSTWIE, uruchamiając w trybie awaryjnym NERWOWOŚĆ lub NIEZROZUMIAŁY ŚMIECH. 

Pozostając w temacie ROZUMu, pragnę zaalarmować, iż nowsze partie modelu HomoSapiens 1.0 zostały wyposażone w ewidentnie wadliwe egzemplarze tego systemu. Nie jestem pewna, czy to usterka hardware'owa, czy też bug oprogramowania, ale sugeruję rozważenie twardego resetu przy użyciu oprogramowania DARWIN. 

Na koniec pragnę zwrócić uwagę na podzespół, który najwyraźniej został zaimplementowany, nim przeszedł pomyślnie fazę testów - SERCE.
Otóż SERCE okazuje się  niezwykle podatne na wirusy; w przypadku infekcji drugim modelem HomoSapiens, SERCE uderza strasznie mocno, wywołując jednocześnie nadmierną wilgotność rąk, rumieńce na policzkach i błyszczenie oczu.  Zdecydowanie powinna istnieć możliwość zrestartowania SERCE'a poprzez komendę ROZUMu.

Domyślam się, że w moim przypadku, jako że jestem egzemplarzem kompletnym i zdecydowanie używanym, powyższa reklamacja nie zostanie uznana, jednak w trosce o przyszłe pokolenia sugeruję rozważenie powyższych uwag.


Z wyrazami szacunku,
Karlusia

wtorek, 5 listopada 2013

O masz! Wtorek!

Dni ciekną przez palce z zastraszającą prędkością. Ani się człowiek obejrzał, już zrobił się listopad. Tempo życia rośnie, tu i ówdzie przebłyskuje rutyna i nagle człowiek kompletnie traci orientację w kalendarzu. W dodatku pogoda nie pomaga, uparcie utrzymując, że jest złotą polską, przypadającą zwykle na przełom września i października.
Pociesza mnie, że nie tylko ja tracę poczucie czasu. Ba - są gorsi. Tacy, którym się wydaje, że wciąż trwa Średniowiecze. Mówię oczywiście o moich ulubieńcach w czarnych szatach. Ach, czego to ostatnio nie usłyszeliśmy od tych oświeconych głów! Za każdym razem, kiedy któremuś z purpuratów otwierały się usta, mnie otwierał się nóż w kieszeni. 

Nie mam ochoty przytaczać tu tych kalumni, rzuconych między innymi w moją stronę. Pragnę tylko przypomnieć moim czarno odzianym pupilom, że Średniowiecze dobiegło końca i wróg czyha już gdzie indziej. Grube mury może i chroniły chutliwego proboszcza przed widłami gniewnych wieśniaków, ale czasy się zmieniły, a co za tym idzie - widły też już nie te. 

I już, i starczy. Więcej już nie będę o tym pisać, bo wszystko zostało już napisane i powiedziane. 
Zresztą, zanim dopisałam poprzedni akapit zadzwonił do mnie przyjaciel i wyrwał mnie z toku myślowego, przy okazji całkowicie odprężając. Wierzyć się nie chce, że znamy się dwie dekady, a ciągle mamy ze sobą o czym rozmawiać - aż dziwne. Czy człowiek nie powinien mieć jakiegoś limitu słów i tematów do wyczerpania z daną osobą? Z wieloma ludźmi taki limit już wyczerpałam - powiedzieliśmy sobie, co mieliśmy do powiedzenia i każde poszło w swoją stronę. A tymczasem z P. w jednej tylko rozmowie potrafimy prześlizgnąć się po kilkunastu tematach, jednocześnie nie musząc kończyć żadnego zdania, bo to drugie już wie, co to pierwsze chciało powiedzieć. Z jednej strony to fantastyczne uczucie mieć takiego kumpla, z drugiej zaś - przerażające, jak dobrze ten drugi człowiek mnie zna. Jest jeszcze trzecia strona - to zadziwiające, że jeszcze się nie pozabijaliśmy. Ale to akurat kwestia czasu - razem z P. organizujemy od jakiegoś czasu Finały WOŚP w Piasecznie i przy tej okazji jedno drugiemu w końcu sprzeda plombę. 

Jakaś puenta tego chaosu dzisiejszego? Może taka, że trzeba mieć przyjaciela, przynajmniej jednego. A jeszcze lepiej mieć więcej. Ale bez przesady - jeśli komuś się wydaje, że ma całe stada przyjaciół, to nie ma ich wcale. W moim przypadku mogę mówić o czterech tak bliskich mi osobach.
Miejcie więc przyjaciół. 
Przyjaciele są potrzebni do życia. 

wtorek, 22 października 2013

Piijiii, bziuuu!

Wielce Szanowny Panie Pośle! 
Tytułem wstępu chciałabym pogratulować idei zatrudnienia muzykologa. Był to ruch, który komisja inżyniera Laska ewidentnie zaniedbała, a przecież każdy doskonale wie, że samolot spada w G-dur, podczas gdy na nagraniu ewidentnie słychać eksplozję w d-moll.
Przechodząc do meritum, w trosce o powodzenie działań komisji, której raczy Pan przewodniczyć, pragnę zasugerować kilka rozwiązań. Jako specjalistka w dziedzinie marketingu (3,5 roku na stanowisku asystentki managera średniego szczebla), kontaktów z mediami (1 rok studiów zaocznych na kierunku Dziennikarstwo i komunikacja społeczna) oraz brzóz (zagajnik koło domu) czuję się w obowiązku wesprzeć Pana w walce o Prawdę i Sprawiedliwość.
 
Po pierwsze, warto pochylić się nad dowodami, które były wykorzystywane podczas ostatnich prezentacji. Biorąc pod uwagę, jak ważny dowód w sprawie stanowią obecnie parówki, warto zwrócić się do producenta o wsparcie. Jestem przekonana, że firma Sokołów, która po ostatnim konflikcie z jednym z internautów nie ma zbyt dobrej prasy, chętnie wspomoże Pana komisję, dostarczając materiału do dalszych badań; sądzę też, że przemysł piwowarski może obecnie służyć pomocą finansową. Gdyby jednak browar w Tychach nie wyraził zainteresowania, na wysokości zadania z pewnością stanie producent napoju Red Bull. Pozwoli mu to odzyskać twarz po niedawnym blamażu - wykonana przez profesora Obrębskiego symulacja zadała kłam sloganowi, jakoby Red Bull dodawał skrzydeł. 
 
Dodatkowe fundusze z pewnością przydadzą się do realizacji drugiego z moich pomysłów: zatrudnienia w komisji amerykańskiej aktorki Sharon Stone, przebywającej obecnie w Polsce. Gwiazda jest wybitnym autorytetem w dziedzinie aktorstwa, jak nikt inny będzie więc w stanie ocenić prawdomówność świadków zamachu. Jestem pewna, że pani Stone chętnie przystanie na współpracę, należy jednak pamiętać, by nie sadzać jej w bezpośrednim sąsiedztwie profesora Rońdy. 
 
Dodatkowo, warto zadbać o odpowiednio wczesne zgłoszenie do Urzędu Patentowego technologii prania termicznego autorstwa A. Melaka. 
 
Doskonałym posunięciem, zarówno ze względów wizerunkowych jak i z uwagi na dobro prowadzonego śledztwa, było zatrudnienie naukowców cieszących się międzynarodowym uznaniem. Proponuję pójść za ciosem i w ramach prestiżowej wymiany kadry naukowej opracować cykl wykładów pani Wassermann, która dziś zaprezentowała dogłębną wiedzę w zakresie zamachów 11 września 2001. Jestem przekonana, że zarówno władze USA, jak i amerykańska opinia publiczna, zyskają na wykładach p. Wassermann równie wiele, jak my zyskujemy na wykładach profesora Cieszewskiego.
 
Mam też pomysł na szersze wykorzystanie potencjału profesor Głuszczyńskiej-Ziółkowskiej - warto, aby pani muzykolog przesłuchała dokładnie wszystkie taśmy pochodzące ze Smoleńska. Niewykluczone, że jej wprawne ucho wychwyci pienia anielskie, których nagranie może być przydatne w procesie kanonizacji błogosławionego Lecha, patrona męczenników poniżej metra siedemdziesięciu. 

Mam nadzieję, że podsunięte przeze mnie pomysły znajdą uznanie w Pana oczach. Jeśli będzie Pan łaskaw pozytywnie rozpatrzyć moją kandydaturę na członka komisji, jestem do Pana pełnej dyspozycji. 
Pozostaję z szacunkiem.

wtorek, 15 października 2013

Już rozumiem, dlaczego pisarze przypisują furii purpurowy kolor

Czy zdarzyła Wam się kiedyś sytuacja, w której kompletnie nie wiedzieliście, jak zareagować? Coś takiego przytrafiło mi się ostatnio w kinie, a sytuacją, z którą nie byłam w stanie sobie poradzić, było chamstwo. 
Oto, co się stało. 
Poszłyśmy z moją przyjaciółką S. do kina na film, na którym cholernie mi zależało - "Grawitację". Był to pierwszy weekend wyświetlania, film zdążył już zebrać świetne recenzje za granicą, więc na sali panował spory tłum. Koło nas usiadła parka. Światła zgasły, reklamy dobiegły końca, zaczęła się projekcja. Zaczęły się też przygody na fotelach obok. Siłą rzeczy byłam zmuszona wysłuchiwać dość głośnego obcałowywania, ale spoko - są na randce, kochają się, czemu nie. Później zaczęły się rozmowy, bynajmniej nie szeptane. Zwróciłam im grzecznie uwagę, ale nic z tego nie wynikło. Ponowna prośba o ciszę - też bez odpowiedzi. 
Później zaczął dzwonić telefon. 
Dziewczyna najpierw odebrała SMS, łudziłam się przez chwilę, że może po prostu zapomniała wyłączyć dźwięk i szybko naprawi swój błąd. 
Kilka minut później usłyszałam "Nokia tune". Poprosiłam o wyłączenie telefonu. 
Zgadnijcie, co się stało chwilę później?
Dostała SMS! 
Pięć minut później - znów "Nokia tune". 
Lekko puściły mi nerwy. 
- Serio?! - zapytałam, patrząc na nią z niedowierzaniem. 
- Wyłącz ten cholerny telefon! - warknęła obok mnie S. 
- No chyba chciała pani film oglądać, nie? - odburnkęło dziewczę. 
- Próbujemy, ale nam nie dajesz! 
- No, to macie pecha - wzruszyła ramionami młodociana sucz i wgapiła się z powrotem w wyświetlacz telefonu. 
Jak zareagować w takiej sytuacji? Wątpię, żeby obsługa była w stanie coś zdziałać, chamstwo tej kretynki było tak bezczelne, że zabrakło mi języka w gębie. Twórcom filmu należy się Pokojowy Nobel, bo gdyby tak skutecznie nie przytwierdzili mnie tym arcydziełem, jakim jest "Grawitacja", do fotela, prawdopodobnie schowałabym do kieszeni kulturę osobistą i pacyfizm i zwyczajnie wyciągnęła tę picz za włosy z sali (o powodzenie takiej operacji nie miałam powodu się martwić - ona była mniejsza ode mnie, a ja byłam na skraju furii). 

Co się stało z ludźmi?! Jeszcze parę lat temu coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Nie mówię tu o samej komórce dzwoniącej w kinie - do tego dziadostwa musiałam się już niestety przyzwyczaić. Zwykle zresztą jeśli komuś w sali zadzwoni telefon, dźwięk jest szybko pacyfikowany przez właściciela, dawno już nie musiałam nikomu o tym przypominać. Ale tu objawiło się nie tylko chamstwo oborniane w najczystszej postaci, ale też kompletna bezrefleksyjność i - co najgorsze - całkowity mamtowdupizm w stosunku do bliźniego. W takich warunkach nie dziwię się rosnącej liczbie filmików na YouTube, pokazujących człowieka przeprowadzającego staruszkę przez jezdnię, opatrzonych tytułem "Wiara w ludzkość przywrócona". Skoro w naszej rzeczywistości wszechobecne jest kurewstwo, nie ma co się dziwić, że w tak normalnych i wynikających z elementarnej kultury osobistej gestach dopatrujemy się znaków, że może jeszcze z nami nie jest tak źle. 
Hej, gościu nagrywający chłopaka niosącego zakupy staruszka na ulicy - odłóż tę cholerną kamerę, Pulitzera za to nie dostaniesz. Ale kiedy już przestaniesz gapić się na świat przez soczewkę obiektywu, twoim oczom może ukazać się nieprawdopodobne zjawisko - drugi człowiek. Kto wie, może to nawet ten sam człowiek, którego przed chwilą potrąciłeś, bo właził ci w kadr?

Chwilowo nienawidzę ludzi i chyba z tej okazji obejrzę sobie dzisiaj "God bless America" - taki niezbyt ciężki filmik, którego bohaterem jest facet ze świeżo zdiagnozowanym nieuleczalnym nowotworem. Gość popada w marazm, spędza dnie przed telewizorem, gapiąc się na to, co mu tam serwują i pewnego dnia widzi coś, co wyciąga go ze stagnacji - reality show, w którym nastolatka rzuca w swoją koleżankę zużytym tamponem. Ta scena daje Frankowi (bo tak ma na imię nasz bohater) motywację i cel w życiu - zamierza zabić każdego debila, każdego chama i popaprańca, jakiego wydała Ameryka. 
Sama nie mogę zrobić czegoś takiego, bo jest to sprzeczne z moimi wartościami, a poza tym nie mam dostępu do broni, mam więc nadzieję, że obejrzenie filmu przyniesie mi choć szczątkową ulgę.

Nie chcąc kończyć w niewierze w ludzi, dodam więc, że w ten weekend spotkały mnie trzy fantastyczne rzeczy: wróciłam do szkoły i spotkałam znów miłe i znajome twarze, przeczytałam najnowszą powieść Stephena Kinga, która jest kontynuacją "Lśnienia" i jest prawie równie dobra, a na koniec - obejrzałam (zgadnijcie co!) "Grawitację". 
Koniecznie obejrzyjcie ten film. To absolutne arcydzieło, kino, jakiego dawno nie widzieliście - i jeszcze więcej. Dużo wody upłynie, zanim znów zobaczymy coś tak genialnego. 
Zatem - DO KINA! 
A kto nie pójdzie, ten niech parchami obrośnie, wyłysieje, albo w inny sposób stanie się charakterystyczny z wyglądu, żebym z daleka widziała, z kim się nie zadawać. 

wtorek, 8 października 2013

Niektóre rzeczy w życiu dzieją się znienacka, inne zaś - całkiem znacka.

Notka w biegu:
Pan Józef Michalik powiedział dzisiaj, że rozwody rodziców i poszukiwanie miłości przez zagubione dzieci prowadzi do przypadków pedofilii w polskim kościele.

Przez chwilę byłam oburzona tymi słowami, ale potem pomyślałam, że przecież ta linia obrony nie jest nowa - wszak od lat winą za gwałt obarcza się kobiety, bo "ta dziwka mnie sprowokowała". Zresztą, nie mam ochoty znów pisać o kościele i klechach, dlatego w ramach komentarza zacytuję Juliana Tuwima:

Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rentę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.


 A od siebie dodam jeszcze tylko, że wszystko wskazuje na powolny koniec przywilejów facetów w czerni. I życzę im tylko, aby - kiedy już zaopiekuje się nimi prokuratura i sąd - trafili w ręce więziennych misiaczków, którzy jak te wspomniane przez Michalika dzieci lgną i poszukują miłości.
KONIEC TEMATU. 
AD REM:

Złapałam dzisiaj doła z przyczyn, które mogą wydawać się zabawne.  Otóż napisałam recenzję filmu, który wczoraj oglądałam. Niestety, film zawiódł moje oczekiwania, więc też recenzja nie mogła być pozytywna. A tego bardzo nie lubię. 

Już kiedyś wspominałam, że jestem wierną kochanką srebrnego ekranu. Wielokrotnie byłam zdradzana, ale - jak na kochankę przystało - zawsze wybaczałam i wierzyłam, że to tylko ten jeden raz, że każdemu zdarza się zabłądzić. W dalszym ciągu wierzę - świat filmu jest wielki, a jego możliwości niezmierzone, dlatego wiem, że jeszcze nieraz wyjdę z kina przepełniona dziecięcym zachwytem (zresztą planuję to zrobić już w najbliższy weekend). Zresztą moi przyjaciele wiedzą, jak fatalny musi być film, abym nie znalazła w nim choć jednego pozytywnego aspektu - ładnych zdjęć, dobrego aktorstwa czy chociaż dobrze dopasowanej muzyki (jeśli nie wierzycie, jestem zachwycona filmem "Movie 43", na którym cały świat zawiesił psy). Tym razem jednak rozczarowanie mnie przerosło. Długie godziny myślałam o filmie, szukając czegokolwiek, co mogłabym pochwalić - bez powodzenia. Nawet główna aktorka, kobieta mająca na koncie kilka naprawdę wybitnych ról, której warsztatowi dotychczas ufałam, nie była w stanie uratować tej katastrofy. Wszystko to znalazło odbicie w napisanej przeze mnie recenzji i z tego powodu poczułam się źle. 

Zawsze wierzyłam w stare angielskie powiedzenie, że piękno leży w oku patrzącego, dlatego zawsze staram się unikać publicznego wydawania sądów o obejrzanych filmach. Jaki jest sens opisywania własnych interpretacji filmu? Czy nie zamyka to odbiorców na własne doznania? Film jest przecież dziełem sztuki i tak jak we wszystkich innych dziedzinach, jak malarstwo czy poezja, odbiór dzieła zależy od odbiorcy. Dlaczego więc krytycy wciąż bawią się w kinematograficzną wersję uczniowskiej interpretacji „co poeta miał na myśli”? Krytyk filmowy, wygłaszający swoje zdanie ex cathedra, może pobudzić ambitniejszego widza do polemiki, ale przygodnemu odbiorcy, który w kinie szuka przede wszystkim dobrej rozrywki, doszukiwanie się Bressonowskiej koncepcji decydującego momentu w metodyce filmowania najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego jest potrzebne, jak rybie rower.

Teraz jednak przyszło mi pisać recenzje. Mam nadzieję, że z tego tytułu nie będę musiała zrewidować swoich poglądów i następnym razem będę mogła z czystym sercem napisać o filmie dobrze i polecić go czytelnikom.

Muszę jednak być uczciwa i zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. 
Przy całej mojej miłości do srebrnego ekranu, mam bardzo złe zdanie o polskim filmie, który od czasów powojennych bardzo mocno wpisuje się w naszą historiografię. "Różyczka", "Katyń", "Pokłosie", a teraz "Wałęsa" – polscy twórcy garściami czerpią z naszej niedalekiej przeszłości i wydarzeń, których uczestnicy wciąż żyją. 

Mam dość rozbijania Murów Berlińskich, otwierania Układów Zamkniętych, szukania Kretów i Wajdowskiej hagiografii. Nie chcę wychodzić z kina, dźwigając II wojnę światową i PRL. Chcę zobaczyć dobrą opowieść, która pobudzi moją wyobraźnię, która będzie dobrą i niezobowiązującą rozrywką. Chcę kina niepoważnego, po którym w mediach nie wybuchnie historyczno-polityczna wojna, jak to miało miejsce wokół "Pokłosia". 

Niestety, poza scenariuszami napisanymi przez przeszłość, polska kinematografia ma mi od pewnego czasu do zaoferowania niewiele ponad lichutkie komedyjki, które oglądam w ramach autorskich Maratonów Kina Debilnego. 

Dlatego właśnie przy kinowej kasie wybieram Almodovara, Allena i von Triera, zostawiając komedyjki Zatorskiego zakochanym parom, a Wajdę i Kawalerowicza uczniom, przyjeżdżającym całymi klasami na seanse w ramach szkolnej lektury.

wtorek, 1 października 2013

Tit, tit, tiiiit.

Dumbshit, fucking TITFUCKER!!! 
Mail o takiej treści dostałam wczoraj od mojej drogiej koleżanki, wspominanej wcześniej Pani Doktor. Nie, Pani Doktor nie cierpi na Tourette'a, cierpi jedynie na nadmierną ekspresyjność, która w połączeniu z wykonywanym zawodem i polskimi korzeniami potrafi przyprawić marynarzy o pensjonarski rumieniec. 
 
Wiadomość była oczywiście dłuższa, ale przytoczony fragment niewymownie mnie urzekł. A konkretnie - słówko TITFUCKER. W wolnym tłumaczeniu: cyckojebca. Nie znałam tego słówka wcześniej, zawsze wydawało mi się, że akurat język angielski jest dość ubogi w przekleństwa. W ramach specyficznego aktu patriotyzmu odczuwałam dumę na myśl o tym, że tu, w Polsce, można się pieprzyć, pierdolić czy jebać, podczas gdy Anglosasi mogą się co najwyżej fuck
 
Okazuje się jednak, że ilość derywatów od słów fuck, shit czy cunt daje niemalże nieskończone możliwości przeklinania w tym języku. Moim osobistym faworytem wszech czasów jest thundercunt. Niesie w sobie ładunek tak potężny, że po polsku nie wyrazi go nawet najsoczystsza kurwa
 
Właśnie ten ładunek jest magią przekleństw. Ilość emocji, które można włożyć w jeden solidny wulgaryzm, jest nie do opisania. A taka jest przecież funkcja przekleństw - pozwalają nam wyładować emocje. Ból, złość, gniew, rozczarowanie, zaskoczenie, radość, ekstaza, zwycięstwo... Choćbyśmy nie wiem jak dbali o kulturę osobistą, motyla noga nigdy nie uśmierzy bólu po kopnięciu małym palcem u nogi w kant szafki. 
 
Podczas mojego krótkiego, acz radosnego, epizodu z wydziałem polonistyki dowiedziałam się, że fenomen wulgaryzmów polega na zbitkach głosek twardych, przy artykulacji których uruchamia się najwięcej mięśni w aparacie mowy. Spróbujcie sami - rzućcie mięsem i poczujcie, jak na podniebieniu wybucha Wam K, jak R wibruje na języku. To działa w każdym języku - Anglicy mają wspomniane wcześniej titfuckery czy thundercunty, Francuzi jak zawsze zjedzą połowę liter, ale putain wciąż będzie niosło emocje. Włosi wycedzą przez zęby cazzo, Niemcy zaś... cóż, akurat Niemiec może nas nazwać swoim kochanym motylkiem, a my i tak w panice podniesiemy ręce do góry... 
 
Umiejętnie rzucone przekleństwo działa jak werbalne katharsis. Ba - czytałam nawet gdzieś, że z uwagi na ilość uwalnianej ekspresji, osoby skore do przekleństw są bardziej godne zaufania. 
 
Jest jednak jeden warunek, aby wulgaryzm odniósł upragniony skutek - musi być stosowany z umiarem. Jeśli zaczniemy używać przekleństw jak znaków interpunkcyjnych, ich czar pryśnie. Mięśnie twarzy się przyzwyczają, a aureolka tabu zniknie, odbierając słowom ich moc. 
 
A przy okazji wyjdziemy na wulgarnych buraków. 
Używajmy słów świadomie, oszczędnie, ale nie wstydźcie się ich! 
Przeklinajmy na zdrowie, kurwa!