poniedziałek, 24 czerwca 2013

W życiu jak w autobusie - nie trzeba wiedzieć, jak działa silnik, wystarczy łapać się rury na zakrętach

Na początek informacja dla wszystkich, którzy nie mają okien i Facebooka - przyszło lato! Pierwsze upały już spaliły mi ramiona i dekolt - ten ostatni zrobił się łaciaty. Nie wiem, jak go teraz doopalać, żeby nie było wstyd pojawić się na mieście z odkrytą piersią.
 
W dalszej kolejności aktualności z życia prywatnego - sesja w toku. Póki co idzie mi dobrze - 5 x 5,0. Przede mną kolejne pięć zaliczeń. Trzymajcie kciuki, żebym się teraz nie wyłożyła - jeśli uda mi się utrzymać poziom, jest szansa na stypendium, a wtedy może wreszcie będzie mnie stać na waciki.
 
Hm... Napisałam "stać mnie na waciki" i zastanowiłam się, czy to określenie będzie zrozumiałe. Rzecz jasna, nawiązuję do cytatu z "Kilera", który jest ponoć filmem kultowym. Ponoć, bo określenie "kultowy" jest od pewnego czasu tak popularne, że pewnie nawet w swojej lodówce znalazłabym coś kultowego.
"KULTOWY FILM TWÓRCY »GWIEZDNYCH WOJEN«!"
"NAJNOWSZA PŁYTA KULTOWEGO ZESPOŁU!"
 
Itp., itd...

Słuchając tych chwytów marketingowych odnoszę wrażenie, że coś mnie omija. Jak to - kultowego zespołu? Jest taki zespół KULT, który znam i do niedawna lubiłam, ale jeśli chodzi o inne kultowe zespoły, zatrzymałam się na Nirvanie. Kultowy film? Jaki to jest "kultowy film"?
Zerknęłam do słownika, oto, co znalazłam:


1. «związany z kultem religijnym»
2. «symbolizujący doświadczenia, wartości i postawy jakiejś społeczności lub jakiegoś pokolenia»
3. «popularny w jakiejś grupie społecznej»
 
Ok, sprawa się wyjaśniła. Moja polszczyzna okazała się nieaktualna, nie wiedziałam, że jest opcja nr 3 jest już poprawnym użyciem.
 
No dobrze, ale jakie są kryteria tej kultowości? Ile osób powinno słuchać jakiegoś zespołu, aby można było określić go tak określić? Sto tysięcy? Milion? Rebecca Black miała swego czasu kilkaset milionów wyświetleń na YouTube - czy jest kultowa? A zespół Weekend?
 
Swoją drogą, bardzo ciekawy jest ten zabieg zachęcania ludzi do kupienia rozmaitych produktów argumentem, jak wiele osób już z niego korzysta.
"Miliony Polaków korzystają z naszych usług!"
Przypomina mi się od razu stare hasło "Jedzmy gówno! Miliony much nie mogą się mylić!"
 
Oczywiście, doświadczenie zawodowe podpowiada mi, że chodzi tu o uruchomienie pewnych mechanizmów w psychice potencjalnego klienta. Wiem, że argument ad populum służy pobudzeniu potrzeby poczucia przynależności. Z drugiej strony, podobno pokolenie Y to indywidualiści i szczury, które muszą w tym wyścigu być wyżej! dalej! więcej! od reszty. Ostatnio mam duże dylematy związane właśnie z przynależnością do tego pokolenia i jego potrzeb, więc może te argumenty do mnie nie trafiają, bo nie mieszczę się w targecie? Jakoś nie przekonuje mnie milion Polaków używających jakiegoś proszku do prania, bardziej przekonuje mnie brak plam na ubraniu wypranym w tym, który aktualnie stoi obok pralki. Fakt, że trampki Converse są najpopularniejsze na świecie, nie przekona mnie do ściągnięcia z nóg moich ulubionych tenisówek marki nieznanej. Czy to znaczy, że nie przynależę do pokolenia Y? Jakoś mi to nie przeszkadza, czy to z kolei znaczy, że nie odczuwam potrzeby przynależności? Czy brak takiej potrzeby czyni ze mnie socjopatkę? Psychopatkę? Mój Boże, co ze mnie za człowiek?!
 
Jakby w odpowiedzi na moje rozterki, Pink zaśpiewała mi właśnie do ucha "I'm so glad that I'll never fit in, that will never be me".
Jestem z Tobą, Pink. Poodstawajmy razem.
 
PS. Tak się kończy nieogarnianie rzeczywistości - zaczęłam pisać, mając w głowie konkretny temat, który gdzieś mi uciekł. Nie pamiętam, o czym miałam się dziś produkować. Jak sobie przypomnę, dopiszę jeszcze jedno PS.
 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Raz, dwa, trzy, próba życzliwości

Jasna cholera, no nie umiem! Za diabła nie dam rady, nawet nie bardzo mi się chce!
Sorry, Piklu, taka jest prawda. Wsadź sobie tę całą życzliwość w cztery litery.
 
Jakiś czas temu wspominałam o koleżance, która próbuje mnie zrewolucjonizować. Za jej namową odstawiłam mięso i pilne śledzenie wszystkich bieżących informacji. Miało mi to pomóc odzyskać szeroko pojęte dobre samopoczucie. Faktycznie, fizycznie czuję się dobrze. Dieta niskoinformacyjna przyczyniła się co prawda do osłabienia bloga - nie bardzo mam o czym pisać - ale w ogólnym rozrachunku lepiej mi się śpi. Kolejnym Piklowym Planem Modernizacji Karli było nastawienie mnie życzliwie do świata. Usiłowała wmówić mi, że poczynione dobro wraca do człowieka.
 
Gówno prawda.
 
Ludzie są bezmyślni, bezrefleksyjni, a wszystko, co dobrego spotka ich ze strony otoczenia, traktują jako naturalny stan rzeczy. W skrajnych przypadkach potrafią człowieka opierdolić, że zrobił dobrze, a mógł lepiej. Niektórym najwyraźniej wiele wysiłku sprawia wyjrzenie poza czubek własnego nosa. Przykład? Prosze uprzejmie, świeżutki, bo wczorajszy.
 
Akcja Wysypisko Książek. Stoimy na Rynku, z wielkim uśmiechem na ustach objaśniamy kolejnym zainteresowanym, że Wysypisko to miejsce, gdzie można przynieść niepotrzebne książki, ale też można je sobie wziąć, że akcja ma na celu wprawienie książki w ruch. Tak, proszę pani, to wszystko za darmo, nie, proszę pana, nie jesteśmy antykwariatem. W większości przypadków reakcje są pozytywne, ale raz na jakiś czas pojawia się malkontent, którego szpila przebija na wylot.
 
"Co wy tu za śmiecie wywalacie? Dalibyście coś ciekawego, a nie takie szmaty!"
"Wywalamy" to, co przyniosą nam ludzie, szanowny panie. Shit in, shit out, jak mówią Amerykanie.
 
"A dlaczego ja nic, kurwa, nie wiedziałem, że tu dzisiaj będziecie? Po cholerę coś takiego robić, jak się nawet o tym, kurwa, ludziom nie mówi? Co ja, kurwa, szklaną kulę mam?"
Ogłaszamy się w Internecie i, kurwa, pocztą pantoflową, bo nie stać nas, kurwa, na oplakatowanie miasta i wykupowanie powierzchni w gazecie. Kurwa.
 
"Za darmo, jaaaasne. Którą księgarnię reklamujecie?"
Nie księgarnię, szanowna pani, tylko salon masażu erotycznego "Gryź i ciągnij". Mamy takie branie, że rozdajemy klientom książki, żeby się nie nudzili w poczekalni.
 
Jasne, rozumiem, w dzisiejszych czasach wszyscy wiemy, że w życiu za darmo można dostać najwyżej łomot. Dlatego godzę się na nieufność, ale nie godzę się na malkontenctwo i inwektywy. Daruję sobie już truizmy typu: "Skoro nie podoba się to, co robię, spróbuj zrobić lepiej, zamiast tylko krytykować". A już zupełnie nie chce mi się nawet wspominać o ostracyzmie, jaki spotyka ludzi pokroju Jurka Owsiaka, bo to już zupełnie inny poziom ludzkiej perfidii.
 
Z drugiej strony, ludziom chyba zaczyna brakować zwykłej życzliwości, może o tym świadczyć wysyp "wzruszających" filmików, jak to człowiek pomaga drugiemu. Wpiszcie w YouTube hasło "faith in humanity restored", przeczytacie komentarze o tym, jak wielki jest człowiek, który powstrzymał swojego pijanego w sztok kolegę, usiłującego wsiąść za kierownicę. Inni gotowi są (w komentarzach, oczywiście) przyznać medal komuś, kto przeprowadził staruszkę przez ulicę.
 
Serio, ludzie? Naprawdę tak bardzo skamienieliśmy, że tak proste gesty wywołują aplauz? A skoro przyklaskujecie ludziom, których na te gesty stać, spróbujcie sobie przypomnieć, kiedy sami zrobiliście coś bezinteresownie dla drugiego człowieka. Nie uwierzycie, ale gdybyśmy tak wszyscy razem się zawzięli i zaczęli patrzeć na drugiego człowieka jak na osobę, a nie na wilka czy barana, dość szybko zlikwidowalibyśmy cały ten nihilim, cynizm i sarkazm (co - trzymając się słów Woody'ego Allena - pozostawiłoby na świecie tylko orgazm. Jestem za).
 
Wracając do Ciebie, Piklu, podejmowane przez Ciebie próby ulepszenia Karli są ze sobą sprzeczne. Z jednej strony próbujesz sprawić, że będę patrzeć na siebie życzliwym okiem, z drugiej strony wymagasz życzliwości wobec innych. Albo rybki, albo akwarium, Mała. Mogę być dobra dla siebie i nie przejmować się chamami i debilami wokół siebie, albo mogę być dobra dla nich, kosztem swojej wątroby.
 
George Carlin powiedział kiedyś, że w duszy każdego cynika żyje bardzo rozczarowany idealista. Jak zawsze trafiłeś w punkt, Wielki G.
 
 
PS. Przed opublikowaniem tego tekstu, pokazałam go Piklowi. Niechętnie przyznała mi trochę racji.
Zgryźliwi vs. Życzliwi - 1:0.
 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Bzzzz....ik

Dopiero wczoraj wieczorem zorientowałam się, że na blogu brakuje zeszłotygodniowego wpisu. Zapomniałam na śmierć, tak pochłonęły mnie praca i nauka. Zresztą pisania ostatnio mam tyle, że jeden tekst mniej czy więcej po prostu przeszedł niezauważony. 
 
Uznałam, że trzeba się trochę podwarsztatować, więc poprosiłam jedną z moich wykładowczyń o wsparcie. Obecnie ćwiczę pisanie do wielu odbiorców, więc piszę trzy-cztery razy to samo, tylko innym językiem, czasem inaczej dobierając fakty. Nudne to jak flaki z olejem, a przy okazji odkryłam, ze nigdy nie powinnam mieć dzieci. 
 
Oczywiście, poza pisaniem, mam jeszcze inne obowiązki. Takie jak nauka. Jest czerwiec, sesja za pasem. Wiem, że wykształcenie nie piwo, nie musi być pełne, ale skoro już po tylu latach przedsięwzięłam (rany, jak ja lubię to słowo) kroki ku wyższej edukacji, trzeba być konsekwentnym. Zwłaszcza, kiedy nauka sprawia taką frajdę. 
 
Wszystko byłoby super, gdyby nie maleńkie "ale" - mój mózg dostał ADHD. Mam poziom koncentracji czterolatka, czytanie mnie nudzi, a kiedy już uda mi się przysiąść i skupić - zaczynają się MELODIE. 
 
Nie wiem, która klepka mi się poluzowała, ale wypływają spod niej dźwięki. Gdyby jeszcze te dźwięki były ładne, nie byłoby problemu. Niestety takie nie są. 
W zeszłym tygodniu, przy nauce filozofii, towarzyszyła mi pioseneczka "Rubber duckie" Erniego z Ulicy Sezamkowej. 
Dzisiaj, kiedy próbowałam zasiąść do wiedzy o kulturze, w mojej głowie rozległo się "... biiiiilet miesięęęęęcznyyyy na okazicieeeelaaaa....". 
 
No w mordę! 
 
Jest na świecie tyle pięknych pieśni, tyle cudnych melodii. Dlaczego w mojej głowie nie słychać Kasi Nosowskiej (o! o niej też muszę, ale to zaraz!), tylko cholerną Ulicę Sezamkową?! Czemu "Bilet miesięczny", a nie cokolwiek mądrzejszego, niech to będzie i "Ave Maria"?! 
 
Błagam, niech ja nie będę osamotniona w tych mękach fonicznych. Niech to nie będzie objaw obłędu. Z drugiej strony... Stephen King pisał kiedyś, że ostatnim dźwiękiem, jaki słyszy szaleniec, zanim chwyci siekierę, jest brzęczenie komara. Ja już chyba wolę gumową kaczuszkę od komarów, bo tych mam nadmiar. Są wszędzie i zawsze. Kiedy ostatnio miałam okazję popracować w ogrodzie, spełniłam jednocześnie trzy dobre uczynki - wykopałam dwa suche drzewka, oddałam krew i dokarmiłam zwierzątka. Szkoda, że z krwi nikt nie skorzysta, a zwierzątka najchętniej bym ubiła.
Drogie komary - co z was za zwierzęta? Nie spełniacie w przyrodzie żadnej istotnej funkcji, nie jesteście w żaden sposób pożyteczne, więc won z mojego ekosystemu! 

Ech, no nie składają mi się dzisiaj słowa. W głowie dalej "Bilet miesięczny". Wszystko jest do bani. Wszystko, poza Kasią Nosowską, którą miałam ostatnio zaszczyt poznać nieco bliżej i która jest dokładnie tak fantastyczną postacią, jak sobie wyobrażałam. Rozsiewa wokół siebie ciepło i spokój wewnętrzny. Człowiek w jej obecności czuje się przytulony. Chciałabym mieć wokół siebie więcej takich ludzi. Ja też taka będę, jak dorosnę. 
O!


PS. Na do widzenia jeszcze mała anegdotka. Udało mi się ostatnio pięknie przejęzyczyć. Powiedziałam: "Wiesz, to taka tajemnica poliszynszyla". Ładne?

poniedziałek, 27 maja 2013

Lubię ten stan: papierosy, sieć i ja

Jestem nałogowcem. 
Kiedyś myślałam, że to określenie dotyczy przede wszystkim palaczy, alkoholików i narkomanów. Później odkryłam kofeinę i zrozumiałam, że kawa też jest nałogiem. W międzyczasie okazało się też, że jeśli przez dłuższy czas nie obejrzę jakiegoś dobrego filmu, pojawia się u mnie syndrom odstawienia. Zrozumiałam, że można uzależnić się od wszystkiego. 
 
W zeszłym tygodniu miałam okazję przekonać się, że fajki, kawa i kino to nie wszystkie moje używki. Okazuje się, że jestem też uzależniona od Internetu, a przekonałam się o tym w bolesny sposób. 
 
Zabrakło nam Internetu. Gdzieś sparciał jakiś kabelek, gdzieś zdechł jakiś bezpiecznik - nie wiem. Grunt, że awaria trwała ponad tydzień. Pierwszego dnia nie wzruszyło mnie to - nie pierwszy to i nie ostatni raz, jak śpiewał Śmiałkowski. 
 
Drugiego dnia już byłam lekko poirytowana. Wróciłam z pracy, chciałam obejrzeć sobie coś ciekawego - guzik. Całe szczęście mam jeszcze parę nieprzeczytanych książek, więc znalazło się zajęcie na wieczór. 
 
Później nastąpił weekend, na szczęście słoneczny i gorący, więc pognałam w plener, nie przejmując się przerwami w dostawie sieci. 
 
W poniedziałek byłam już solidnie wkurzona - nie mogłam wrzucić nic na blog, nie byłam w stanie też dostać się do tekstów, które musiałam przeczytać do szkoły (nauczka na przyszłość - nie trzymać materiałów wyłącznie w skrzynce mailowej). 
 
We wtorek dopadł mnie głód godny ćpuna. Chodziłam rozdrażniona, doszukiwałam się wszystkich możliwych powodów do narzekania na brak Internetu. A to nie mogę puścić przelewu, a to nie mogę ogłosić na Facebooku weekendowej akcji Wysypiska, a to nie mogę ściągnąć e-booka niezbędnego do szkoły... Wszystkie kundle tego świata zostały powieszone na dostawcy www. Jednocześnie potrzebowałam zajęcia, jakiegoś substytutu, który zabije mój czas.
 
Każdemu w życiu jest potrzebna odrobina rutyny, która daje swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. W mojej codziennej rutynie zawiera się bezmyślny relaks po pracy, polegający na szwendaniu się po sieci, oglądaniu kocich filmików na YouTube, gawędzeniu ze znajomymi na FB. Po prostu potrzebuję takiej pozbawionej wysiłku intelektualnego chwili, zanim siądę do nauki czy pisania. I oto nagle ktoś pozbawił mnie tej bezmyślności, tego restartu. Jak ten kot w pustym mieszkaniu, o którym pisała noblistka, nie mogłam znaleźć sobie miejsca.
 
Co począć? Czytać? Marne oderwanie, skoro za chwilę mam usiąść do nauki. Iść na spacer? Za oknem leje. Oglądać telewizję? Aż tak bezrefleksyjnej rozrywki nie chcę i nie potrzebuję. 
 
Z braku rozsądnych alternatyw kończyło się na układaniu pasjansów i graniu z komputerem w pokera (miałam do wyboru jeszcze szachy, ale to już wymagało wykorzystania kilku zwojów mózgowych). 
 
Kiedy wreszcie Internet znów popłynął w kablach, zachłysnęłam się ilością rozrywek. Facebook! Blogi! Filmy! Filmiki z kotami! Bzdurne obrazki! Nareszcie mój dzień odzyskał dawny rytm. Nareszcie wrócił ten bufor pomiędzy pracą i pracą. Ale tydzień bez Internetu pozostawił mnie z refleksją: nigdy już nie będę krytykować ludzi przesiadujących po pracy przed telewizorem. Jedni wolą Internet, inni wolą telewizję, ale rzecz sprowadza się do jednego - nałogu opartego na potrzebie ustalenia rytmu dnia. A elementem tego rytmu najwyraźniej musi być rzucenie bezmyślności odrobiny czasu na pożarcie.

poniedziałek, 13 maja 2013

A gdyby to była wasza matka?

[Podczas majówki byłam świadkiem, jak człowiek pod wpływem alkoholu wsiada za kierownicę. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, w całym towarzystwie najwyraźniej tylko ja widziałam w tym coś złego, bo "mało wypił, ma do przejechania tylko kilka ulic, poza tym jest środek nocy". Szczęśliwie nic się nie stało, ale przypomniałam sobie swój tekst sprzed jakiegoś czasu, który uważam za wciąż aktualny i który chcę Wam przedstawić - ku refleksji.]

Dziś rano znów się przekonałam, jakie mam w życiu szczęście, że nie pracuję w Warszawie. To, co dzieje się w czasie poniedziałkowych godzin szczytu na ulicach, wytrąciłoby z równowagi flegmatyka z niedokrwistością. 
 
Oto kobieta, która wjeżdża na skrzyżowanie, chociaż nie ma z niego jak zjechać, bo droga jest zapchana do ostatniego centymetra. Blokuje przejazd i przez całą zmianę świateł nikt nie jest w stanie się ruszyć. 
 
Oto mężczyzna, który postanawia przycwaniaczyć i zręcznie omija sznur samochodów, jadąc pustym pasem do skrętu w prawo, po czym zajeżdża drogę tym na pasie do jazdy prosto. 
 
Oto kolejny artysta, który najwyraźniej nie pamięta, że jedzie TIRem z dwiema naczepami i zmieniając w korku pas, blokuje całą Aleję Krakowską. 
 
Do kompletu jeszcze pojawia się kierowca autobusu, który niewiele sobie robi z sygnalizacji. Czerwone, żółte, zielone... Co za różnica! On tu jest od wożenia ludzi, a nie kontemplowania kolorystyki używanej przez drogowców. 
 
Mówię tu o jednym tylko skrzyżowaniu - Al. Krakowskiej i Al. Hrabskiej w Falentach, między Jankami i Raszynem. Na szczęście to jeden z niewielu punktów zapalnych na mojej trasie do pracy. 
 
Zachowanie na drodze jest na swój sposób fascynujące. Na pewno wiele mówi o charakterze danej narodowości. Amerykanie na przykład rzadko przekraczają dozwoloną prędkość. Brytyjczycy najchętniej całe życie jeździliby po rondach. Francuzi za kierownicą są nieobliczalni, bo nie widzą potrzeby używania kierunkowskazów. Jeśli jesteś we Włoszech i nie ruszysz spod świateł w ciągu dwóch setnych sekundy od chwili zapalenia się zielonego, musisz liczyć się z tym, że wszyscy wokół wcisną klakson. Polacy zaś... 
 
Oj. 
 
Polak za kierownicą jest żywym dowodem darwinowskiej teorii ewolucji i bezdyskusyjnie pokazuje, ze od małpy dzieli nas raptem kilka par chromosomów. Totalny egoizm, ułańska fantazja i kompletny brak poważania dla przepisów drogowych. 
Tam, gdzie stoi znak ograniczenia prędkości do 40 km/h, należy jechać 70 km/h. Zakaz wyprzedzania jest tylko sugestią. Światła dzielą się na zielone, późne zielone, wczesne żółte i późne żółte. Światła awaryjne znoszą każdy zakaz postoju, a klakson służy do krzyczenia na innych i można go używać zawsze i wszędzie. Pas do skrętu to błąd w nazewnictwie - powinien się nazywać "pas do skrótu". Lewy pas służy do szybkiej jazdy. A dziury w drodze są winą wyłącznie rządu, bo przecież jezdni nie robi różnicy, czy jedziesz pięćdziesiątką czy setką, czy ważysz 800 kg czy 4 tony. 
 
Człowiek za kierownicą jest niewidzialny, można więc dłubać w nosie i poprawiać makijaż. Oczywiście, samochód służy też do słuchania muzyki - im głośniej, tym lepiej. Trzeba jej słuchać na tyle głośno, żeby zagłuszyć dźwięki płynące z zewnątrz, takie jak syrena karetki czy wozu strażackiego. Na znaki należy patrzeć tylko wtedy, gdy jesteśmy w nowym miejscu, bo przecież znamy drogę na pamięć, nigdy nie zmienia się pierwszeństwo ani warunki na drodze. 
 
I przecież wypiłem tylko jedno piwo. 
 
Według statystyk, rocznie ginie na drodze od pięciu do ośmiu tysięcy ludzi. Dziesięciokrotnie więcej zostaje rannych. Jestem przekonana, że gdyby 20 sekund przed wypadkiem spytać każdego z nich o ocenę własnych umiejętności, żaden z nich nie miałby sobie nic do zarzucenia. 
 
I każdy z tych wypadków spowodowany był złym stanem nawierzchni, nieprawidłowym oznakowaniem drogi i z winy tego cymbała, w którego uderzyli.

poniedziałek, 6 maja 2013

Ze składzika myśli lekko pozytywnych

Rower!

Kocham rower!

Matko Zastępcza, jak ja uwielbiam rowerowanie!

Rację miał Janerka, śpiewając, że rower nas ocala.

Pogoda wreszcie pozwala posadzić się między dwoma pedałami i popędzić przed siebie, więc przy pierwszej nadarzającej się okazji tak właśnie uczyniłam - popędziłam przed siebie. A konkretnie popędziłam do pracy (niecałe 20 kilometrów, więc dystans taki bardzo akurat).

W zeszłym tygodniu trafiły się swobodniejsze dni, kiedy lekkie spóźnienie mogło mi zostać darowane, więc to był idealny moment na przetestowanie trasy i sprawdzenie czasu, jaki zabiera mi taka przejażdżka. Zerwałam się zatem wcześniej, spakowałam pracowe ciuchy do plecaka, wciągnęłam trykotki i jedziemy!

Punkt pierwszy, kierowcy. Kochani posiadacze czterech kół, pamiętajcie proszę, że posiadanie tylko dwóch kółek nie czyni ze mnie psa, kota, przydrożnego słupka i generalnie niczego, co można zignorować. Jestem na tej drodze z wami i chciałabym, abyście się nią ze mną podzielili, dobrze? To nic trudnego - wystarczy odrobina wyobraźni. Na dobry początek pamiętajcie, że ja mam tylko dwie nogi, a wasze pojazdy nieraz i po kilkaset koni mechanicznych. W związku z tym nie pojadę szybciej od was, choćbym nie wiem, jak się starała, więc nie ma sensu na mnie trąbić. Zwłaszcza, że jadę przy krawędzi jezdni i staram się zajmować na niej jak najmniej miejsca, więc nie powinniście mieć problemów z wyprzedzeniem mnie.

A skoro już o wyprzedzaniu mowa, czy możecie się jednak ode mnie ciut odsunąć? Nie chciałabym zarysować wam lusterek łokciem czy kierownicą... Czasem nawet kilka centymetrów może zrobić ogromną różnicę i jest to uwaga zarówno do pań jak i panów.

Kierowcom TIRów nic nie mówię, bo jestem pełna zrozumienia dla masy, jaką za sobą ciągną, i wiem, że pewne manewry okołorowerowe trudno wykonać. Wiem, że macie większy problem z wyprzedzeniem mnie, dlatego jak tylko mogę, zmykam na pobocze.

Punkt drugi, drogi. Józefie, Maryjo i cała reszto stajenki, zdążyłam już zapomnieć, jak wyglądają nasze drogi. W samochodzie tego się naprawdę nie odczuwa. Nie czuje się tych drobnych pęknięć, tych malutkich dziur, nie trzeba zwracać uwagi na fałdy asfaltu formujące się obok kolein. A już krawędź drogi to ziemia nieujarzmiona. Wszystko to, co w samochodzie jest niwelowane przez amortyzatory, na rowerze jest odczuwalne w całej rozciągłości. Zwłaszcza na twardym siodełku.

No właśnie, punkt trzeci - siodełko. Pamiętaj, rowerzysto, łańcuch jest tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo. Możesz mieć rower z najwyższej półki, szeberdziesiąt przerzutek, hamulce pneumatyczne, hydrauliczne czy jakie tam się teraz produkuje, możesz mieć ramę z najwyższej klasy włókien węglowych - jeśli do tego wszystkiego trafisz na niewygodne siodełko, nigdzie nie pojedziesz. Jak w tej starej anegdocie, w której organy pokłóciły się, które jest w człowieku najważniejsze, tak samo i na rowerze - zawsze rządzi dupa. Niepomna tego odpuściłam sobie zmianę siodełka w swoim nowym rowerku.

Pierwszego dnia dojechałam do pracy bez problemów i całkiem szybko. Droga powrotna była już nieco trudniejsza, bo tylne części ciała zaczynały mi doskwierać.

Drugiego dnia jazda do biura była już okraszona kwileniem i jękami godnymi filmów puszczanych, kiedy dzieci już śpią. Powrót nie zapowiadał się ciekawie. Szczęśliwie Karla jest osobą kreatywną, więc z pomocą taśmy montażowej i płachty folii bąbelkowej zdołała zmiękczyć siodełko na tyle, by dało się wrócić do domu. Oczywiście, nie bez efektów dźwiękowych. Wokół mnie rozlegało się teraz więcej dźwięków - jęki, kwilenie i pękanie foliowych bąbelków. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie fabuły filmu dla dorosłych, do którego ta kompozycja mogłaby stanowić podkład dźwiękowy i chyba nie chcę sobie tego wyobrażać.

Zanim znów wsiadłam na rower, wymieniłam siodełko. Teraz jest fajne, szerokie, mięciutkie i ma sprężynową amortyzację. Teraz mogę jechać bez końca i uszczerbku na humorze, co udowodniłam dzisiaj w supermarkecie, do którego zajechałam w drodze powrotnej, a w którym nawet w przypływie dobrej energii życzyłam kasjerce miłego dnia.

Wsiadajcie, ludzie, na rowery, bo to sama radość! Ile rzeczy można zobaczyć wokół siebie! Ja na przykład odkryłam, że przy drodze, którą codziennie dojeżdżam do pracy, jest kuźnia. Przed wejściem do kuźni stoi rzeźba konia stającego dęba i zrzucającego rycerza ze swojego grzbietu.

Nie wspominając już o tym, że paliwem dla roweru są kalorie, dlatego po powrocie z dzisiejszych wojaży nażarłam się kotletów sojowych i dopchnęłam jeszcze bułą z masłem orzechowym. 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Skoro mówimy "matko jedyna", czy w imię poprawności politycznej nie powinniśmy też mówić "matko zastępcza"?

Po poprzedniej refleksji na temat pomnikokatolików wygrzebałam starą notatkę, inspirowaną Georgem Carlinem, całkiem mądrym, nieżyjącym już niestety, komikiem amerykańskim, z którym dzielę pogląd na religię.

Wersja dla tych bardziej wrażliwych: 
Nie wierzę w żadnego boga, uważam, że religie służą do manipulacji tłumami, a już tak całkiem subiektywnie uważam, ze kościół katolicki śmierdzi kupą. 

Wersja dla mniej wrażliwych:
Przestaję lubić Święta. Wszystko sprowadza się do masy sprzątania, masy gotowania, fury zakupów, a potem człowiek spędza pół dnia w drodze od stołu do stołu, a resztę czasu przy stole.

Święta tracą charakter. Naprawdę wolałabym przeżyć je jakoś inaczej, bardziej należycie. Nawet mimo poszerzającego się we mnie ateizmu. Wróć - nie tyle poszerzającego się ateizmu, ile rosnącego w siłę antykatolicyzmu. Jezu, jaka ta religia jest momentami bezsensowna. Religia to najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek wymyślono. Pomyślcie tylko: religii właściwie udało się przekonać ludzi, że istnieje jakiś niewidzialny byt, który żyje w niebie, obserwuje wszystko co robimy każdej minuty i każdego dnia! Ma listę 10 rzeczy których nie chce, żebyśmy robili. A jeśli zrobimy którąkolwiek z tych rzeczy, to ma specjalne miejsce: pełne ognia, dymu, swądu, tortur i katuszy, gdzie ześle nas, żebyśmy cierpieli, płonęli i dusili się, krzyczeli i płakali przez całą wieczność, aż do końca czasu. Ale on nas kocha! Wolna wola - ha ha ha. Dostaliśmy wolną wolę, ale jeśli nie wybierzemy tego, co nam każą, mamy przesrane. Wyobraźmy sobie taką sytuację: idziemy z synem do sklepu i mówimy mu: możesz sobie wybrać, co chcesz dostać - lizaka czy czekoladkę. Synek wybiera czekoladkę i dostaje  po łapach, bo nie wybrał lizaka.

Gdzie tu logika?

Dostajemy Biblię. Duża, ważna, mądra księga. Pierwszy tom ocieka krwią bardziej, niż większość horrorów, jakie oglądałam. Potop, Sodoma i Gomora, plagi egipskie... Najbardziej zawsze podobał mi się fragment o tym, jak Bóg każe Abrahamowi zabić własnego syna. Dobre! Facet był gotowy rzucić się z nożem na swojego synka tylko dlatego, że tak mu kazał płonący krzak. Dzisiaj byłby psychopatą, ale w Biblii... Tam jest świętym!

W drugim tomie mamy obrót o 180 stopni. Nagle nie wolno się zabijać, trzeba się kochać, poświęcać, nadstawiać drugi policzek i dać się zabić za miliony. Nawet najgorszy scenarzysta wie, że kontynuacja powinna być konsekwentna i nawiązywać charakterem do pierwszej części.

Zresztą - niech będzie. Niech będzie, że księga jest mądra, spisana pod natchnieniem, pełna symboli itepe, itede. Może to ludzie chrzanią sprawę z góry na dół - i prawdę mówiąc, nie zdziwiłabym się, gdyby tak było.

Religia bazuje na 10 prostych prawach - piąte: nie zabijaj, ósme: nie kłam, siódme: nie bierz tego, co do Ciebie nie należy, szóste: nie posuwaj żony brata. 
Interpretacja: zabij skurwysyna, zanim złamie piąte przykazanie, nie pozwól sobie odebrać tego, co Ci się należy, a kiedy posuwałem żonę mojego brata, byli już w separacji.

Podobno Polska to taki świątobliwy kraj - wydaliśmy na świat Wielkiego Papieża, mamy Matkę Boską Częstochowską, Boga, Honor i Ojczyznę, a Jezusa chcieliśmy koronować na Króla Polski. I nieważne, że wszystko, co mówił ten Wielki Papież trafiało do nas jak grochem o ścianę, że z hasła Bóg, Honor, Ojczyzna został nam tylko Bóg i to jako twór kompletnie niezrozumiały. Jesteśmy tak wierni naukom głównego bohatera drugiego tomu tej mądrej księgi, która od czasów Gutenberga zajmuje pierwsze miejsce na liście bestsellerów, że idziemy zabijać niewiernych. A, przepraszam - to się nazywa wprowadzanie demokracji. A zatem to w imię wyższego dobra - przecież nie możemy pozwolić na to, żeby ten uwsteczniony wschód nie skorzystał z dóbr cywilizacji zachodniej. Możemy te same pieniądze, które wydajemy na zbrojenia, wydać na wodę dla Sudanu i szczepionki dla Namibii, ale co tam! Przecież nieważne co - ważne jak!

I klepiąc zdrowaśki strzelamy do tych w turbanach, szczepczących "Allah akbar".

Do tego dochodzi kwestia reprezentantów religii - oto księża, którzy w ociekających złotem kościołach mówią wiernym, że "Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż zamożnemu wejść do Królestwa Niebieskiego". Wielcy przewodnicy duchowi, którzy nigdy nie będąc z kobietą będą nas uczyć, jak to zrobić, żeby spędzić całe życie z jednym partnerem (swoją drogą ten cały celibat to cudowna historia. W pewnym stopniu jest sprzeczny z religią, a został wprowadzony w średniowieczu z dwóch powodów: po pierwsze, żeby księża nie przepisywali kościelnego majątku na dzieci, a po drugie, żeby duchowieństwo było traktowane jako stan wyższy, święty i nietykalny w czasach, kiedy społeczeństwo było dziesiątkowane przez choroby weneryczne). Wielcy pedagodzy, którzy nie potrafią pokonać własnej słabości i biorą się do gwałcenia ministrantów.

Ja dziękuję - wypisuję się z tego kółka. Facet, którego utrzymuję nie tylko z dobrowolnych datków, ale i z podatków, nie będzie mi opowiadał o tym, że trzeba być silnym i wytrwałym w wierze, kiedy nie mam co do garnka włożyć. Autorytet bierze się z wiedzy, wiedza bierze się z doświadczenia, a więc dziękuję za taki autorytet!

Był kiedyś taki serial "Świat według Bundych". Głównym bohaterem był gość, który miał dwójkę dzieci - syn był bystry, ale miał fioła na punkcie damskich dup i córka tak koncertowo durna, że stała się pierwowzorem dla wszystkich kawałów o blondynkach. Wszystko, za co się brali kończyło się katastrofą, a główny bohater był ustawicznie załamany.

Momentami tak widzę Boga - siedzi z twarzą w dłoniach, patrzy na ludzi i mruczy pod nosem "Ja pier...".

Podsumowując w dużym skrócie. Jaką mam religię? Prostą i trzymającą się logicznych zasad:

1. Nie będę przejmować się tym, co mnie spotka po śmierci, póki żyję i mam się dobrze.

2. Nie będę przyjmować reguł, których nie rozumiem, nie kwestionując ich.

3. Nie będę robiła drugiemu, co mnie niemiłe.

4. Nie będę szukała ratunku w chmurach, jak coś spieprzę. Pieprzę zawsze na własną rękę i na własny rachunek.

5. Moja religia jest moja. Twoja religia jest twoja. Kropka.

6. Logika. Logika, kurde!